Aleteia

Depresja poporodowa. Przemiana kobiety w matkę bywa bolesna…

EAST NEWS
Udostępnij
Komentuj

Opis tego procesu w książce „Jak pokochać centra handlowe” dotyka do żywego. Nie dziwi więc, że autorka Natalia Fiedorczuk otrzymała Paszport "Polityki".

Co piątka matka w Polsce doświadcza depresji poporodowej. Ale nieliczne zgłaszają się po pomoc. W ciągu roku do Ośrodków Interwencji Kryzysowej trafia zaledwie kilka. Dlaczego? Nie mają siły*.

Bezsilność

Wyobrażasz sobie, jak to jest tak bardzo nie mieć siły, by nie móc krzyczeć (albo chociaż cichutko prosić) o pomoc? Całkowita bezsilność. Poza tym, nie wypada. Panuje przekonanie, w kraju matki Polki chyba szczególne, że jedynym uczuciem, jakie może i powinna odczuwać świeżo upieczona mama jest… bezgraniczna radość. W końcu ma dziecko! Owoc miłości, krew z krwi, ciało ze swojego ciała.

Ale… nie zawsze tak jest.

Przyczyn jest wiele – od tych zwyczajnych, przyziemnych, całkiem biologicznych, jak spadek hormonów po porodzie, przez trudności związane z opieką nad malcem, aż po problemy o głębokim podłożu psychologicznym.

Nie oszukujmy się – pojawienie się dziecka po TEJ stronie brzucha to duży szok. Niby przez te dziewięć miesięcy ciąży można to wszystko jakoś sobie wyobrażać, oswajać, czekać na dziecko, ale ta sytuacja jest totalną nowością dla kobiety, zwłaszcza rodzącej po raz pierwszy. A co więcej – zwykle wymyka się wszelkim planom.

Można bowiem snuć wizje pięknego, naturalnego porodu w rodzinnym pokoju, w towarzystwie męża czy douli albo cudne, dające siłę (a także napędzające pozytywnie hormony!) naturalne karmienie piersią. A później… Później okazuje się, że konieczne było wykonanie cesarskiego cięcia, a dziecko nie potrafi chwycić piersi albo nie przybiera na wadze, więc koniecznie jest dokarmianie.

(Nie)zaplanowane

A to tylko kilka „pierwszych z brzegu” trudności, jakie pojawiają się krótko po porodzie dziecka. Później jest – hm…, bardzo nie chcę napisać, że tylko gorzej, ale jest jakaś prawda w ludowej mądrości, która głosi, że „małe dziecko – mały problem, duże dziecko – duży problem”.

Trudnością jednak jest nie tyle samo pojawienie się dziecka, co wejście kobiety w rolę matki. To przepoczwarzenie się z prowadzącej w miarę luźny żywot babeczki, która miała czas na pójście do kosmetyczki, regularne spotkania z przyjaciółkami, niespieszny seks z mężem w żyjącą w wiecznym niedoczasie matkę, która jada na stojąco czy chodzi w piżamie do południa (albo i dłużej), bo dziecko domaga się nieustającej uwagi i/lub karmienia. Sprawy wcale nie ułatwia fakt, że dziecię było od początku wyczekane, upragnione, planowane. Depresja dosięga i te mamy, bo właśnie – jest inaczej, niż to sobie wyobrażały, inaczej, niż planowały.

O różnych obliczach depresji matek szczerze do bólu, prawdziwie i bezkompromisowo pisze Natalia Fiedorczuk-Cieślak w książce „Jak pokochać centra handlowe” (Wielka Litera 2016).

Dlaczego centra handlowe? Autorka wychodzi od koncepcji Marca Auge’a tzw. nie-miejsc, czyli tych wszystkich miejsc, które niby istnieją fizycznie, ale których przeznaczeniem jest jedynie przemieszczanie człowieka. Są to np. trasy powietrzne, kolejowe, autostrady, środki transportu, hotele, a w końcu supermarkety.

Matka bolejąca

To właśnie centra handlowe stanowią oś, wokół której Fiedorczuk buduje opowieść o matkach. Narracja jest tu pierwszoosobowa, co może być nieco mylące dla czytelnika i sugerować, że wszystkie opisane doświadczenia są osobistym udziałem autorki. Choć otwarcie przyznaje ona, że doświadczyła depresji poporodowej, to jednak główna bohaterka jest wypadkową rozmów Fiedorczuk z dziesiątkami kobiet (i ich bliskich), które doświadczyły poporodowego smutku.

Dlatego „Jak pokochać…” to opowieść z wielu perspektyw, o wielu problemach, ale przekazana jednym głosem – bezimiennej bohaterki. Jest więc i o bezradności, o smutku i nudzie, o izolacji i wyobcowaniu.

Jest o zmaganiach się z fizycznością (ciało po ciąży i porodzie już nigdy nie będzie takie samo), powrocie do pracy i tym najważniejszym – matczynej multizadaniowości. Tej błogosławionej (a jednocześnie przeklętej!) umiejętności, która pozwala na karmienie jedną ręką i dopinanie drugą superważnej umowy, wykonywanie telefonów, przelewów itd., a która ma jeden, poważny skutek uboczny – zmęczenie, totalne wypalenie, powracające pragnienie zamknięcia się choć na trzy godziny w ciszy absolutnej.

Książka Fiedorczuk, choć bolesna i momentami dotykająca do żywego, nie jest pozbawiona dużej dawki humoru, jak wtedy, gdy autorka opisuje spory matek na forach internetowych czy swój akces do Obywatelskiej Straży Rodzicielskiej.

To właśnie humor (choć często czarny) pozwala przebrnąć czytelnikowi przez lekturę bez poważnego uszczerbku na duszy i ciele. I to chyba remedium na wiele macierzyńskich bolączek** – bo cóż innego nam pozostaje, jeśli nie śmiech? Pytam ja, matka rocznego chłopczyka, który kilka minut wcześniej wykąpany i odziany w czyściutkie ubranko właśnie zwalił sobie serek na głowę i radośnie poznaje jego fakturę, wcierając go w podłogę.

 

*K. Elert-Gadacz, „Złe” matki, „Charaktery” 12/2016, s. 36-39

**Oczywiście nie bagatelizuję problemu depresji poporodowej, która niewątpliwie wymaga specjalistycznej pomocy. Pragnę jedynie zaznaczyć, że na wszelkie inne matczyne trudności (niedepresyjne!) kojącym bandażem jest… luz, dystans i duuużo śmiechu.

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail