Aleteia

Chcesz zobaczyć Argentynę bez komercyjnej otoczki? Uwaga! Może być niebezpiecznie!

Udostępnij
Komentuj

San Isidro to skalna forteca. Miasteczko, a raczej górska wieś położona na końcu mijanej doliny. Miejsce, o którym świat kompletnie zapomniał.

– Jedź do San Isidro! – rzekł Antonio tajemniczo mrużąc brwi podczas naszej wspólnej wieczerzy w jego domu w Buenos Aires.
– Ale ja tu przyjechałem dla Patagonii… – wzbraniałem się dzielnie. – Ta przede wszystkim. Potem może Aconcagua, potem Iguazu. Potem…
– Potem San Isidro… – wtrącił żartobliwie mój wiekowy kompan. Ale i uparcie zarazem. Już widzę, że łatwo nie ustąpi.
– Mówisz, że warto, Antonio?… – no, dobrze. Dam mu tę szansę. Niech się pochwali. Niech zacznie czarować wyobraźnię gringo.
– Stefano, wierz mi bądź nie, ale Argentyna robi się bardzo komercyjna. Zarówno Patagonia ze swoimi horrendalnymi cenami, zarówno twoje Iguazu, czy nawet Aconcagua, pod którą tak bardzo chcesz wejść. Super! Jedź sobie i zobacz to wszystko. Ale… – w tym momencie dobijający powoli do wieku dziadka Antonio ponownie tajemniczo marszczy brwi. Wygląda doprawdy zjawisko z tą mimiką twarzy. – … ale jeśli chcesz zobaczyć Argentynę bez komercyjnej otoczki, musisz pojechać do San Isidro.

Boża iskra Bożego człowieka, któremu warto zaufać

I pewnie coś w tych słowach było. Ba! Musiało w nich coś być. Bo skoro nadal pamiętam tę rozmowę… Skoro nadal, pomimo faktu, że minęły od niej przeszło dwa miesiące, rozpamiętuję dźwięczące mi w głowie słowa „San Isidro”… Skoro Antonio wymawiał je z takim przejęciem.

Pamiętam, że wszystko podczas tej rozmowy zaczęło się od ducha komercjalizacji, który coraz łapczywiej zaczął w ostatnich latach połykać coraz to nowe miejsca w Argentynie. Beznadziejna pętla powiązana z prawami rynku zaczęła się zaciskać również nad życiem lokalnych społeczności i zaczynać przewracać ich codzienny tryb do góry nogami. Pętla ta miała na celu jedno. Nauczyć miejscowych tego, jak z dotychczasowego sposobu życia przestawić się na taki, którego obraz zdoła przyciągnąć więcej turystów. Jeszcze więcej. Oczywiście z ich wypchanymi pieniędzmi portfelami.

Niestety. Antonio miał rację. Tego typu miejsc jest w Argentynie, jak i w całej Ameryce Południowej, całe mnóstwo. Nie miałem wyboru. Nie chcąc któryś już raz trafić na podobne, postanowiłem zaufać słowom Antonio.

Swoją drogą lubiłem te rozmowy z nim. Gdy opowiadał o swoich młodzieńczych eskapadach w Andy okolic Bariloche, dawało się odczuć kipiącą w nim energię. Łezkę w oku. Bożą iskrę. A gdy pewnego dnia zniósł ze strychu swojego domku na przedmieściach Buenos przykurzone nieco hiszpańskojęzyczne tłumaczenie „Wyżej niż kondory” Wiktora Ostrowskiego, byłem już zupełnie pewien, że mogę mu zaufać. I faktycznie, mogłem.

Naturalny most

„Tam jest inaczej. Zobaczysz”. Te słowa Antonio przelatują mi w tej chwili przez kotłujące się myśli. Cały czas. Pasują do mojej sytuacji wprost idealnie. Oto przede mną szeroki na jakieś sto metrów kanion. Strome, momentami wręcz pionowe, rdzawawe ściany. Pośrodku huk meandrującego potoku górskiego. I ani śladu ścieżki. Nic. Owszem, można tak iść i iść wzdłuż potoku. Prędzej czy później dojdziemy jednak do jednej ze ścian i wówczas pojawi się problem, co dalej. I faktycznie – wreszcie się pojawia. Teraz wreszcie rozumiem, co kochany Antonio miał na myśli, gdy mówił: „Tutaj jest inaczej”. Faktycznie. Jest inaczej.

Do większości turystycznych atrakcji latynoskiej ziemi prowadzą dziś wygodne ścieżki. Pod peruwiańskie Machu Picchu dojedziemy busikiem z Aguas Calientes, do którego dotrzemy z kolei pociągiem Peru Rail. Na statuę Chrystusa Odkupiciela w Rio de Janeiro dojedziemy kolejką linową, a następnie wjedziemy schodami ruchomymi. Do wenezuelskiego parku Canaima pełnego płaskowyżów tepuis dolecimy awionetką… I można by tak dalej. Nie ma w tym oczywiście nic zdrożnego. Dzięki tym udogodnieniom miejsca te stały się dostępne chociażby starszym, czy niepełnosprawnym. Ale z drugiej strony wraz ze szczytnymi ideami przemknęła się przez zbyt szeroko otwarte drzwi również komercja: gość zdecydowanie nieproszony.

Tutaj, w drodze do San Isidro, już go nie ma. Póki co nikt nie poprowadził tu wygodnych ścieżek. Nie ma też oficjalnego szlaku dla turystów. Owszem, ustawiono schodki. Ale już żeby przerzucić na przykład most nad potokiem? Co to, to nie…

Nie mamy więc wyjścia. Z chwilą, gdy meander potoku niebezpiecznie zbliża się do jednej ze ścian wąwozu, zostajemy uwięzieni w pułapce. Mamy dwie opcje. Albo wracamy i szukamy innej drogi. Albo usiłujemy przekroczyć rozszalały nurt. Wraz z moimi argentyńskimi przyjaciółmi tworzymy ludzki most. Trzech z nas wchodzi po pas do lodowatej wody. Prąd jest niezwykle silny. Trzymamy się za ręce. Pozostali asekurują nas od brzegu podtrzymując się pobliskich głazów. To jedyny sposób, by delikatne i kruche dziewczyny bezpiecznie pokonały strumień. Pierwsza, druga, trze… „Łaaaaap!” – słyszę zza pleców. Niestety. Za późno. Przerzucany na drugi brzeg plecak – własność dziewczyny, która właśnie przekracza rzekę – wpada do wody. A ta momentalnie go porywa. Chyba nawet nie ma sensu go gonić.

Trasa do San Isidro bogata jest w masę tego typu przepraw. Nie one jednak stanowią o atrakcji tego miejsca, a pionowe ściany kanionu. Czerwono rdzawawe żleby. Baśniowe kształty skalnych wież. Gigantyczne osuwiska. A na tym wszystkim zielone tarasy. Im wyżej, tym otoczenie łagodnieje. Wreszcie wychodzimy z kanionu. Wokoło nas zielone łąki pogórza. Po groźnych bystrzach rzeki ostało się tylko echo co jakiś czas dochodzące z dna doliny.

Teraz pierwsze skrzypce gra wspaniała andyjska przyroda. A zwłaszcza zielone porosty. Gdzieniegdzie dostrzegam skalne szczeliny. Póki co z łatwością można je przeskoczyć. Gorzej, gdy ich szerokość osiąga już ponad metr. Wówczas trzeba szukać ratunku. Tym okazuje się drewniany mostek, a właściwie jego malownicza imitacja. Umocowany na chybotliwych belkach z bambusa musi wytrzymać mój ciężar. Musi…

San Isidro to skalna forteca. Miasteczko, a raczej górska wieś położona na końcu mijanej doliny. Miejsce, o którym świat kompletnie zapomniał. I, co ciekawe, miejsce wcale nie powalające przybysza swym urokiem. Napiszę więcej: dla samej wioseczki nie warto tutaj się fatygować.

San Isidro to bowiem kilka kamiennych chat porozrzucanych bez ładu po okolicznych wzgórzach. Nic więcej. Czy zatem żałuję, że posłuchałem Antonio? A w życiu! Kochany dziadunio dobrze wiedział, co mnie tu może czekać. Pewnie dlatego tam bardzo namawiał. Po dziś dzień dziękuję mu za to jego powtarzane niczym mantra „Jedź do San Isidro”.

Pojechałem. I było warto.

Wyjątkowa pani

Nie dla wioski. Nie dla tych Indian tutaj mieszkających. Raczej dla przygody drogi. I jeszcze dla czegoś… Dla ciszy. Tej niezwykłej towarzyszki. Wyjątkowej pani. Tutaj, w Argentynie, odgrywającej rolę raczej niespotykaną. Przy wszechobecnych klaksonach, przy latynoskich krzykach na polach namiotowych, przy przekomarzaniu się przekupek na targowiskach, przy głośnej muzyce szkół tango… Przy tym wszystkim świst wiatru poruszający drewniane drzwi jednej z gospód San Isidro jawi się… jakoś tak inaczej. Prawdziwiej.

Udostępnij
Komentuj
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail