Aleteia

Ho Chi Minh – wietnamskie miasto uciech. A za rogiem straszliwa bieda…

Udostępnij
Komentuj

Ubrani w obcisłe białe t-shirty ludzie rozmawiają z młodymi dziewczynami, które momentalnie przysiadły się do nowych klientów. Takie ich zadanie. Z polecenia szefa. Brytyjczycy przecież zwykle dają wysokie napiwki.

Dziwnie mi tu jakoś… Nieswojo. Bardzo nieswojo. Choć z drugiej strony kłamstwem byłoby napisać, że nie czuję w tej chwili męskiej ekscytacji. Tej z kategorii niezdrowych. Zadziornych. Takich, które sprawiają, że chce ci się balansować na cienkiej linii. Linii odgradzającej moralne dobro od zła. Rozpoczyna się relatywizacja rzeczywistości. Że „przecież tak musi być”. Że „ci ludzie z tego żyją”. Że „to przecież normalne, wpisane w tutejszą obyczajowość”. Wreszcie: że „nie przesadzajmy”.

O co chodzi? Oto od kilkunastu już minut spaceruję wieczorową porą po rozświetlonych neonami ulicach Ho Chi Minh. Na Zachodzie częściej kojarzonego jako „Sajgon”. I faktycznie, nasze rozumienie „sajgonu” bardzo mi w tej chwili pomaga w opisie tego, co tu się de facto odbywa.

Mam bowiem wrażenie, że Ho Chi Minh to miasto uciech. Tych cielesnych, rzecz jasna. I tych serwowanych przede wszystkim dla przyjezdnych. A właściwie „przejezdnych”. Większość bowiem z klientów tu zaglądających to Europejczycy, którzy zawitali do Wietnamu nie więcej jak na dwa tygodnie.

Jaskrawe światło neonów topi wieczorną ulicę Bui Vien w atmosferę seksualnej zabawy bez zobowiązań. Z codziennego miejsca pracy i siermiężnej walki o przetrwanie w komunistycznym systemie przeradza się na kilka godzin w dzielnicę pokus. Przeplecioną ciepłą poświatą różu. Atakującą najbardziej niewinne i bezbronne zakamarki ostoi ludzkiej moralności. Ulicę nocnych klubów. Kolorowych banerów reklamowych. Błyszczących halogenów. Całonocnej zabawy. Zaczepiających na ulicy handlarzy narkotyków. Wreszcie: biednych dziewcząt. Takich jak choćby ta sprzed chwili…

– Cześć… – usłyszałem parę minut temu zza pleców. Ubrana w kusą mini ślicznotka chwyciła mnie za dłoń.

– … – Tak po prawdzie to nie bardzo wiem, co w takiej sytuacji odpowiedzieć. Na polskim podwórku to raczej mężczyzna zagadywał. Grzeczniej bądź mniej, ale jednak zagadywał. Tutaj…. Nie, nie wiem… Potrafię się tylko uśmiechnąć. Dziewczyna jest naprawdę zjawiskowa.

Gdzie się tak spieszysz, przystojniaku? Może porozmawiamy? Albo i coś więcej, hmm…? – jej uśmiech jest wprost powalający.

Dopiero teraz dochodzi do mnie, co tu się wyprawia. Że ja tego wcześniej nie zarejestrowałem?! Sumienie momentalnie wykrzykuje z głębi serca przeraźliwie głośne „nieee!” Głos rozsądku (jak dobrze, że jest…) w ostatniej chwili przywołuje do porządku. Wyrywam dłoń i przyspieszam kroku. „Tylko się nie oglądaj, tylko się nie oglądaj” – powtarzam w duchu. Tak… Łatwo powiedzieć. Wokół mnie co i rusz pojawia się kolejna zjawiskowa piękność, a ty „się nie oglądaj”. Kolorowe neony prowokują do zrobienia czegoś szalonego. Do porzucenia zdroworozsądkowych wartości nad rzecz hedonistycznych uciech. A o te nie trudno. Zewsząd słuchać głośny śmiech tłumiony agresywną muzyką disco. Wystarczy tylko spojrzeć w kierunku któregokolwiek z mijanych klubów. Cztery ponętnie ubrane dziewczęta zaczynają zalotnie machać. Zapraszają do środka.

Tych sześciu łysawych panów się zgodziło. Widzę, jak siedzą przed barem. To chyba Brytyjczycy. Wnioskuję po akcencie. Ubrani w obcisłe białe t-shirty rozmawiają z młodziusieńkimi dziewczynami, które momentalnie przysiadły się do nowych klientów. Takie ich zadanie. Z polecenia szefa. Brytyjczycy zwykle dają wysokie napiwki.

O zgrozo, żadna z tych dziewczynek nie ma więcej jak piętnaście lat. Obcisłe dżinsy, krótkie spódniczki, wysokie obcasy. Jedna z kobiet zaczyna masować rękę siedzącemu na rogu stołu mężczyźnie. Sam łapię się na tym, że oglądam tę scenkę z pewną fascynacja. Tą samą, co w opisywanym wstępie. Przyspieszam kroku. Będzie lepiej, jak stąd zniknę.

Skręcam w boczną uliczkę. I prawie rozbijam się o skupionych gdzieś pode mną ludzi. Siedzą na miniaturowych plastikowych krzesełkach i coś jedzą. Szok. To wietnamska rodzina. Tak to właśnie wygląda. Pod osłonką kolorowego rozpasania, przeszklonych klubów, wszędobylskiej ułudy bogactwa czai się rozpaczliwy obraz wietnamskiego społeczeństwa. Ci ludzie siedzący przy ścianach swych obdrapanych domów jedzą w tej chwili prawdopodobnie jedyny ciepły posiłek tego dnia. Od biedy aż piszczy. Być może czekają na córki. Te same, które zarabiają kawałek dalej.

Ten artykuł jest otagowany:
AzjapodróżepokusaWietnam
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail