Aleteia

Nie trzeba być milionerem, by poczuć, jak smakuje egzotyczny świat podwodnego Ekwadoru

Udostępnij
Komentuj

To jedno z piękniejszych wybrzeży Ameryki Południowej. Poznajcie Galapagos za… 30 baksów!

Lecąc do niewielkiego latynoskiego Ekwadoru najprawdopodobniej przyjdzie nam lądować na największym z tutejszych lotnisk. Na lotnisku położonym 350 km w linii prostej na południowy zachód od stolicy państwa, Quito. Wreszcie: na lotnisku, którego nazwy nie sposób białemu przybyszowi wymówić – Guayaquil. I gdy wreszcie odbierzemy bagaż, wyjdziemy z hali przylotów z pewnością w niedługim czasie zaczepi nas któryś z głośnych tutaj chłopców, uganiających się od jednego turysty do drugiego, z garścią kolorowych ulotek w dłoni. Gdy ujrzy najmniejszy choćby objaw zainteresowania u słuchacza, marny nasz los.

– Amigo, specjalnie dla ciebie! Wiem, po co tu przyjechałeś! – będzie krzyczał wciskając nam ulotkę, przedstawiającą leniwe żółwie na tle powulkanicznego krajobrazu.

– Nie, nie… Dziękuję…

– Ależ nie ma za co! Nie dziękuj! Nie sposób być w Ekwadorze i nie zobaczyć najcudowniejszego archipelagu świata! No, nie sposób! – trzeba przyznać, że młody będzie naprawdę niezły w tym, co robi.

I w końcu siłą rzeczy rzucimy okiem na zdjęcia z wręczonej nam nachalnie ulotki. W tym momencie przed oczami słuchacza pojawi się najpewniej fascynująca wizja spacerów pomiędzy żółwiami, gekonami, pingwinami, legwanami i innym cudacznymi zwierzętami. I ten tytuł na górze ulotki: „Galapagos”. Pewnie, że tak! Ta nazwa elektryzuje. Zwłaszcza, gdy jest się tak blisko: zaledwie 1200 km na wschód od przesławnych wysp. Znikąd na świecie nie będzie już bliżej.

I właśnie wtedy, gdy oczyma wyobraźni widzisz już siebie na tej zamieszkiwanej przez wiekowe żółwie, czy półmetrowe pingwiny wyspie, z ust chłopca pada najważniejsza informacja.

– Amigo, nie dziękuj. Specjalna oferta – tylko dla ciebie. 800 dolarów…

– Za ile?

– Dwa dni na miejscu. To dużo czasu.

– Tak, i jeszcze więcej pieniędzy – oddajemy smutno ulotkę.

Macki spadają na oczy. Zaczyna się rzeczywistość. Na Galapagos raczej nie polecimy.

Troszkę szkoda. Niebiańska wizja sielankowych spacerów pośród egzotycznej flory właśnie się urwała. Jakby nie patrzeć, te 800 dolarów to przecież worek pieniędzy. Zwłaszcza za kilka dni na wyspie. Ale, ale… Istnieje inne wyjście. Oczywiście, nie powie nam o nim ów sprytny chłopiec – naganiacz lotniskowych agencji turystycznych.

O co chodzi? Otóż niedaleko stąd, jakieś 150 na północny-zachód, rozciąga się jedno z piękniejszych wybrzeży Ameryki Południowej. Wskutek mnogości zamieszkujących okoliczne wody stworzeń nazywane jest przez lokalną społeczność „Galapagos dla ubogich”. I jeszcze jedno. Jadąc tutaj z pewnością nie wydamy 800 dolarów…

To okolica ekwadorskiego Puerto López z okoliczną wysepką Isla de la Plata. Wycieczka po tej ostatniej to prawdziwa uczta dla ornitologów. Zobaczą tu choćby: albatrosy, fregaty, rajskie ptaki oraz tzw. boobies – niezwykle zabawne ptaki o charakterystycznych odnóżach w kolorze nigdzie indziej nie spotykanego błękitu bądź czerwieni. Z rejs na Isla de la Plata zapłacimy ok. 30 dolarów. Zatem 770 dolarów zostało w kieszeni. Ufff…

Gdy będziemy przeliczać odliczoną kwotę dla sternika naszej łodzi, obok nas przepłynie ławica maleńkich ryb. Czarne, żółte, granatowe. Od palety kolorów aż kręci się w głowie. W szczelinach podwodnych skał znajduję ukryte rozgwiazdy. Myślę sobie, że wyobraźnia dobrego Boga stwarzającego to wszystko nie miała granic.

Tak. Wizyta na Galapagos zdecydowanie może poczekać. Ten chłopak na lotnisku i tak tam będzie.

Ten artykuł jest otagowany:
Galapagospodróże
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail