Aleteia

Czego uczą mnie moi niewierzący przyjaciele?

Udostępnij
Komentuj

Nie wyobrażam sobie odrzucenia przyjaźni z człowiekiem niewierzącym tylko ze względu na różne przekonania religijne, choć poziom zaawansowania zależy głównie od dojrzałości obu stron.

Paradoksalnie, wolę poznawać Boga poprzez relację z drugim człowiekiem niż kontemplując Pismo Święte. Bardziej mnie to angażuje ze względu na tę konkretną sytuację rozmowy, wymianę myśli i spostrzeżeń. Absolutnie nie mówię, że jedno jest lepsze od drugiego, ale wierzę, że każda osoba, która staje się uczestnikiem mojego życia (nawet poprzez krótką rozmowę na ulicy), pojawia się w nim w konkretnym celu, a nasza znajomość ma charakter niepowtarzalny.

Jednocześnie zauważyłam, że forma i zaangażowanie moich relacji z drugim człowiekiem zależy czasem od tego, jaki ma on stosunek do wiary. Nie znaczy to, oczywiście, że od razu kategoryzuję swoich znajomych. Wiem przecież, że od wszystkich tych poznawanych osób uczę się czegoś bardzo konkretnego.

Czego uczę się od niewierzących?

Osobiście niezwykle cenię sobie spotkania z moimi znajomymi, którzy wcale nie są blisko Boga. Wynika to z faktu, że w rozmowach z nimi często padają pytania, których nie zada mi katolik. Konfrontują mnie z założeniami Kościoła, nad którymi rzadko debatuję sama z siebie, czy podważają słuszność przykazań. W konsekwencji – zmuszają mnie do myślenia i ciągłego definiowania moich wartości. Tak, abym mogła bez zawahania stwierdzić, że wiara jest moim świadomym wyborem, a nie założeniem „wklepanym do głowy za młodu”, od którego tak łatwo odejść.

Jedna znajoma przyznała mi się kiedyś w rozmowie, że jej zdaniem nauczanie Jezusa opierało się na mądrych założeniach, jednak nie uważa, aby te same wartości wystarczyły dla funkcjonowania współczesnego świata. Z nią też dyskutowałam m.in. o możliwości dopuszczenia kobiet do posługi kapłańskiej czy sensowności pozycji papieża jako głowy Kościoła. Tym samym dała mi więcej, niż jej się prawdopodobnie wydawało – obudziła we mnie potrzebę znalezienia satysfakcjonujących odpowiedzi na te pytania. Co ciekawe, nasza dyskusja nie skończyła się milczeniem na wieki, a osiągnęła zdrowe obustronne zrozumienie, oparte na pełnej akceptacji odmiennego punktu widzenia.

Czego uczę się od wierzących?

Rozmowy z katolikami różnią się od tych z niewierzącymi szczególnie ze względu na nasz wspólny punkt wyjścia dot. postrzegania świata, jakim jest istnienie Boga. Skoro zatem zgadzamy się w sprawie tak fundamentalnej, nasza relacja dotyka zupełnie innych poziomów. Z wierzącymi łatwiej jest mi wymieniać się doświadczeniem wiary. Dlatego uczę się od nich ufności i wytrwałości w budowaniu relacji z Bogiem, a często też dostrzegam, jak mogę ją ulepszyć.

Jedno z moich ostatnich tego typu „odkryć” to zrozumienie istoty tworzenia i zaangażowania w życie wspólnot kościelnych, aby były prowadzone i organizowane nie tylko przez duchownych, ale również świeckich. A wszystko to dzięki znajomemu Amerykaninowi.

Przyjaźń: wierzący z niewierzącym

Po szybkim podliczeniu swoich wierzących i niewierzących znajomych, wydaje mi się, że w moim środowisku panuje względna równowaga. Zawsze jednak przy zawieraniu nowych znajomości boję się tego, jak drugi człowiek zareaguje na moją wiarę. Czy przypadkiem nie wyśmieje i nie stwierdzi, że jestem naiwna? Zdarzało się i tak. Ale to przecież nie powód do milczenia i ukrywania swojej osobowości. Bo jeśli ktoś bezpardonowo obraża moje poglądy, obraża i mnie. A znajomość bez wzajemnego szacunku nie ma sensu.

Prawdę mówiąc, nie wyobrażam sobie odrzucenia przyjaźni z człowiekiem niewierzącym tylko ze względu na różne przekonania religijne, choć trzeba przyznać, że jej poziom zaawansowania zależy głównie od dojrzałości obu stron. Odrzucenie jednak oznaczałoby zamknięcie się na drugiego człowieka, który uczy mnie szacunku, zrozumienia i dobroci.

Udostępnij
Komentuj
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail