Aleteia

Strategia Jezusa. Przychodzi do grzesznika i mówi: Potrzebuję cię!

© Fr Lawrence Lew, O.P./ Flickr
Share
Comment

Nam tak często wydaje się, że musimy interweniować, że On nie poradzi sobie bez naszej gadaniny. To nie my, tylko On ma wodę żywą, której potrzebują ludzie [komentarz do Ewangelii].

Równo miesiąc temu zmarła Danuta Szaflarska. W miesięczniku „W drodze” ukazał się kiedyś wywiad z nią, w którym opowiada o tym, jak ks. Popiełuszko nawrócił ją poprzez brak nawracania jej. Taka to była historia:

Byłam delegowana przez Komitet Prymasowski do udziału w procesach politycznych. W czasie jednego z nich usiadł koło mnie jakiś młody człowiek, który przedstawił się tak: „Nazywam się Popiełuszko, jestem księdzem”. „O!” – pomyślałam sobie. Ale wyglądał sympatycznie. Kiedy w przerwie zaproponował, żebyśmy poszli na kawę, to uznałam, że to dobry ksiądz (śmiech). Widzieliśmy się na tych procesach codziennie i któregoś dnia on mnie pyta: „Czy pani przeczytałaby w czasie mszy za ojczyznę wiersz?”. Ja mu mówię: „Proszę księdza, ja jestem niewierząca i do kościoła nie chodzę”. A on na to: „To nie szkodzi, ale wiersz przecież może pani przeczytać”. Bardzo mi się spodobało to, że kiedy ja mu powiedziałam: „jestem niewierząca”, to on odpowiedział: „nie szkodzi”.
– Ksiądz Popiełuszko nigdy nie próbował pani nawracać?
Nigdy, do końca, ani jednym słowem. On zresztą nikogo nie nawracał. To czym panią przekonał – do siebie i do Boga? Zaprzyjaźniliśmy się w czasie tych procesów, razem działaliśmy w Komitecie Prymasowskim, moje dzieci miały z Jerzym częsty kontakt. Przekonało mnie to, jakim on był człowiekiem. Interesował się wszystkimi, szanował ludzi, nie obchodziło go, czy ktoś był wierzący, czy nie. To zaważyło. Ja bym sama nigdy po tych czterdziestu latach do Pana Boga nie wróciła.
– Pani pierwsza spowiedź po tylu latach była właśnie u księdza Popiełuszki?
Tak. Mało tego, on też ochrzcił moją dorosłą córkę, udzielił jej ślubu, ochrzcił mojego wnuka. – Jak ksiądz Jerzy zareagował, kiedy powiedziała mu pani, że chce się wyspowiadać? Ja mówię do niego: „Wiesz co, może ja bym się wyspowiadała, ale tak po czterdziestu latach?”. A on do mnie: „Hurtem zawsze łatwiej”. To był właśnie taki ksiądz.”

Zaczynam dzisiaj od tego, ponieważ jest to współczesna scena spotkania Jezusa i Samarytanki. Wszystko zaczyna się od prośby Jezusa: „Daj Mi pić!”. Nie, to nie była tylko taka zaczepka, żeby jakoś zacząć. On mówi to szczerze. Mówi tej kobiecie: Potrzebuję cię! To wprawia ją w zdziwienie. On jest Żydem, ona Samarytanką. Nie powinien się nawet do niej odezwać, a już na pewno nie powinien chcieć jej pomocy. Nie od niej. A jednak powiedział, że jej potrzebuje.

Wywiązuje się rozmowa i okazuje się, że On wie, że ona żyje z mężczyzną, który nie jest jej mężem. Żyje w związku partnerskim, w grzechu. Wie o tym i powiedział, że jej potrzebuje? Nie tylko w tym przypadku. W Zacheuszu zobaczył kogoś więcej niż tylko znienawidzonego powszechnie celnika, złodzieja, kolaboranta i powiedział mu, że potrzebuje zatrzymać się u niego w domu.

Jezus ma ciekawą strategię. Nie przekreśla nigdy ludzi, nie gasi knotka o nikłym płomieniu i nie łamie trzciny nadłamanej. On dotyka głębi serca. Wsłuchuje się w nie i pozwala odkryć jego największe pragnienie. Pragnienie miłości.

To jej szukała Samarytanka wśród pięciu mężów i u tego, który nie jest jej mężem. Pragnienie, które jest w głębi serca każdego człowieka, które pragniemy zaspokoić na różne sposoby, lepsze i gorsze. Kiedy to odkryła, On pokazał jej, gdzie jest jedyne źródło, które gasi pragnienie serca: „miłość Boża rozlana w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany” – jak powie św. Paweł.

Miłość, którą Bóg nas ukochał, kiedy byliśmy jeszcze grzesznikami, kiedy byliśmy bezsilni. Być kochanym bezwarunkowo i zawsze. Być przyjętym, zaakceptowanym, także w swojej słabości. Tego pragnie serca każdego człowieka. I tak kocha nas właśnie Bóg. Ale On nie tylko pozwala czuć się zaakceptowanym, lecz także potrzebnym.

Jezus ma ciekawą strategię. Przychodzi do grzesznika i mówi: Potrzebuję cię! I wtedy najczęściej następuje zwrot w życiu tego człowieka. Nie poprzez umoralniające kazanie, nie poprzez wytknięcie grzechu, ale pokazując: jesteś dla mnie ważny, kocham cię i cię potrzebuję.

Co my, katolicy, powiedzielibyśmy kobiecie żyjącej w związku partnerskim? Co powiedzielibyśmy mężczyźnie, który działa na niekorzyść swojego kraju, uciska rodaków, okrada ich, pracuje dla wrogów ojczyzny? Co powiedzielibyśmy młodym żyjącym ze sobą razem przed ślubem? Co powiedzielibyśmy rozwodnikom w kolejnym związku? Co byśmy powiedzieli homoseksualistom?

Może najlepiej, żebyśmy nie mówili od razu. Może lepiej, żebyśmy chcieli słuchać, stworzyć przestrzeń, w której mogą czuć się po prostu chciani, zaakceptowani, potrzebni a nie umoralniać na siłę. Duch Święty działa dużo częściej poprzez słuchanie, poprzez akceptację niż poprzez umoralnianie.

Nam tak często wydaje się, że musimy interweniować, że On nie poradzi sobie bez naszej gadaniny. To nie my, tylko On ma wodę żywą, której potrzebują ludzie. Czy mielibyśmy odwagę powiedzieć im tylko: jesteście ważni, kochamy was i potrzebujemy? Nie wiem, ale On tak właśnie robi. I to działa.

I: Wj 17, 3-7
II: Rz 5, 1-2. 5-8
E: J 4, 5-42

Share
Comment
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail