Aleteia

Historia o tym, jak o. Stanisław Papczyński obudził się po 300 latach

DOMENA PUBLICZNA
Udostępnij
Komentuj

Rozmowa z Pawłem Waligórą, współtwórcą filmu dokumentalnego "Ocalony, aby ocalać".

Konrad Sawicki: Aż trudno uwierzyć, że obydwa cuda – zarówno ten, który posłużył do beatyfikacji o. Stanisława Papczyńskiego, jak i ten potrzebny do kanonizacji – związane są z jedną parafią.

Paweł Waligóra: Tak, parafią pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny Królowej Apostołów w Ełku. Co ciekawe, od dawna trwa tam nieprzerwanie wieczysta adoracja Najświętszego Sakramentu. Wieloletnim proboszczem tego miejsca jest ks. Jerzy Owsianka, który pochodzi z tym samych stron, co rodzina Papczyńskich – stąd znał historię i kult założyciela zgromadzenia marianów.

Przypomnijmy czego, a raczej kogo dotyczyło pierwsze cudowne wydarzenie.

To jest historia sprzed kilkunastu lat. Młoda kobieta była w ciąży i podczas badania dowiedziała się, że płód się zmniejszył, a akcja serca dziecka ustała. Lekarz sprawdził to na dwóch aparatach usg, ale nie zmieniło to tragicznej diagnozy. Potem wyznaczył pacjentce termin na tak zwane oczyszczenie, za kilka dni.

O problemie dowiedział się ojciec chrzestny kobiety. On zaś, wcześniej pielgrzymując po Polsce, trafił do Góry Kalwarii, gdzie usłyszał historię o. Stanisława Papczyńskiego – wtedy jeszcze sługi Bożego – i zapamiętał, że czczony on jest jako ten, za przyczyną którego dzieją się cuda, w tym też te związane z płodnością oraz ciążą. Poznał też specjalną modlitwę, nowennę do o. Papczyńskiego. Zaczął więc ją odmawiać w tej konkretnej intencji: za swoją chrześnicę i jej dziecko. Jednocześnie modlili się również księża marianie, ludzie ze wspomnianej parafii oraz rodzina kobiety.

Gdy kilka dni później pani Urszula wróciła do lekarza na umówione oczyszczenie łona, lekarz zauważył, że dziecko jednak żyje.

Zdarzył się cud potrzebny do beatyfikacji.

Potem był jeszcze długi, skomplikowany proces prowadzony w Polsce i Watykanie, który rzeczywiście zakończył się beatyfikacją o. Papczyńskiego w 2007 roku.

Rozumiem, że dziecko urodziło się zdrowe.

Tak, chłopak dziś ma kilkanaście lat i jest całkowicie zdrowy. A jego matka potem urodziła jeszcze jedno dziecko, bez żadnych komplikacji.

Gdy myślę o historii kultu założyciela zgromadzenia marianów i długich staraniach o wyniesienie go na ołtarze, lubię to cudowne wydarzenie odczytywać jako pewnego rodzaju przebudzenie. Tak jakby o. Papczyński po 300 latach od swej śmierci przypomniał światu o sobie. Jakby się nagle obudził.

Co zresztą potwierdził kolejnym cudem.

Dokładnie. Dwudziestokilkuletnia dziewczyna, wówczas zaręczona i planująca ślub, nagle źle się poczuła. Narzeczony zawiózł ją do szpitala. Lekarze stwierdzili niewydolność oddechową oraz sepsę. Jej stan był beznadziejny, więc wprowadzono ją w stan śpiączki farmakologicznej. Wtedy jej matka podjęła akcję modlitewną, zaangażowała w nią też wspomnianą parafię. Praktycznie non stop przez kilka tygodni wszyscy odmawiali nowennę do o. Papczyńskiego w jej intencji. I w pewnym momencie dziewczynie zaczęło się polepszać.

Co więcej, lekarze po jej wyleczeniu zapisali, że wyzdrowienie jest całkowite, trwałe i bez śladów przebytej choroby. Potem to samo uznała komisja watykańska, a cud został oficjalnie potwierdzony w momencie kanonizacji w niedzielę 5 czerwca 2016 roku.

Były też inne cudowne zdarzenia?

W księgach znajdujących się w kościele w Górze Kalwarii przy sarkofagu o. Papczyńskiego można znaleźć mnóstwo świadectw – oczywiście nieudokumentowanych – z wielu lat o jego działaniu i cudach. W naszym filmie pokazujemy na przykład historię dwóch małżeństw, które starały się bezskutecznie o dziecko, co udało się w końcu odmienić po – jak twierdzą małżonkowie – modlitwach za wstawiennictwem o. Papczyńskiego.

Takich zapisów jest wiele, nie tylko w Polsce zresztą. Dość znany jest przypadek z Brazylii, gdzie pewna farmaceutka udokumentowała fakt uzdrowienia swojego syna.

O takich historiach opowiada wasz dokument. Czy zaprzyjaźniliście się jakoś z o. Papczyńskim podczas pracy nad filmem?

Gdy czegoś nie mogliśmy załatwić, modliliśmy się do o. Stanisława. Nawet w takich banalnych sprawach, jak szukanie w pośpiechu miejsca parkingowego w Warszawie w okolicach sejmu. Jeździmy, krążymy, szukamy, mamy mało czasu, a tu nie ma gdzie się zatrzymać. Już wydawało się, że od dawna umawiane bardzo ważne nagranie z bardzo ważną osobą nam przepadnie. Wtedy kolega rzucił coś w tym stylu: No, Stanisławie, jeśli ty tu nie zadziałasz, to nic z tego nie będzie. Patrzymy, a od razu jakiś samochód wyjeżdża, zostawiając nam wolne miejsce do zaparkowania.

Przy pracy nad tym filmem, ale i przy innych produkcjach, sporo mieliśmy takich wydarzeń, które pokazywały nam obecność i działanie o. Stanisława.

Jak Pan osobiście patrzy na nowego polskiego świętego?

Trochę się o tym zapomina, ale o. Papczyński miał bardzo mocne wypowiedzi patriotyczne. Ten aspekt naprawdę był dla niego ważny. Mam nawet w komórce taki cytat: „Prawdziwych mężczyzn nam potrzeba, a nie nicponi, nie mętów społecznych. Dajcie ojczyźnie Polaków, nie pachołków, to jest dajcie ludzi silnych, odważnych, zdolnych do wielkich wysiłków, zaprawionych do walki, przygotowanych do brania udziału w naradach”.

Ojciec Stanisław żył w czasach rozpasania polskiej szlachty. Krytycznie na to patrzył i ostro stawiał konkretne wymagania, zasady, których trzeba się trzymać dla dobra ojczyzny. To jest wybitna postać, której bardzo zależało na Polsce, na wartościach, na godności Polaków, godności życia od poczęcia do naturalnej śmierci.

Powiedziałbym nawet, że on był ówczesnych działaczem pro-life, ale w szerokim tego słowa znaczeniu. Zależało mu na każdym życiu – i dziecka, i biednego, i chorego czy nawet umierającego. Zajmowanie się ubogimi, potrzebującymi, przygotowywanie do dobre śmierci – to wszystko było misją o. Papczyńskiego. Zresztą w Licheniu funkcjonuje obecnie fantastyczne hospicjum pod jego patronatem.

W sumie dobry wzór do naśladowania.

Moja teza jest taka, że to swoiste obudzenie akurat tego świętego w naszych czasach to nie może być przypadek. Widocznie takie wstawiennictwo i taki przykład do naśladowania jest nam w Polsce potrzebny. Tyle się teraz u nas dzieje, tyle zmienia, tyle jest zagrożeń. A tu nagle on po 300 latach się budzi.
Stanisław Papczyński miał bardzo burzliwy życiorys. Od dzieciństwa mnóstwo przeszkód stawało na jego drodze. Problemy z nauką, ze zdrowiem, potem w kapłaństwie i życiu zakonnym. Nie zawsze i nie przez wszystkich był kochany. Ale mimo to cierpliwie szedł za głosem powołania. I dziś widzimy tego efekty. Przecież marianie to pierwsze męskie zgromadzenie zakonne założone przez Polaka, które obecnie ma zasięg światowy.

Sądzą, że to jest dobry przykład dla młodych ludzi. Ojciec Papczyński miał w sobie pasję i misję, które czuł od dzieciństwa. Wielu młodych też dziś coś takiego czuje, ale często brakuje im odwagi, żeby za tym pójść – bo nie będę miał z czego żyć, nie będę dobrze zarabiał itp.

A o. Stanisław całe życie szedł naprzód, choć często nie znajdował zrozumienia ze strony ludzi czy nawet władz kościelnych. Dlatego jest niesamowitym przykładem wiary w to, że Bóg prowadzi nas do jakiegoś konkretnego celu, że na pewno nas nie zostawi, że się nami opiekuje. Więc nie ma się czego bać, tylko trzeba iść, realizować powołanie i walczyć o swoje.

„Ocalony, aby ocalać” – reżyseria: Wiesław Bednarz, zdjęcia: Sebastian Czech i Paweł Waligóra, montaż: Paweł Waligóra, produkcja: Marianum Media, współproducenci: Beata i Marek Górscy, Stowarzyszenie Pomocników Mariańskich.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail