Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Nie lubię procesji Bożego Ciała. I co teraz?

Udostępnij

Rozmowa z dominikaninem o. Jackiem Szymczakiem (także dla tych, którzy lubią procesję).

Konrad Sawicki: Czy uczestnictwo w procesji Bożego Ciała jest dla katolika obowiązkowe?

O. Jacek Szymczak: O ile uczestniczenie w samej mszy św. tego dnia jest obowiązkowe, to w procesji już nie. Zobaczmy, że w tę uroczystość w naszych kościołach mamy po kilka mszy, a nie wszystkie kończą się procesją.

Wielu wierzących nie kryje, że zwyczajnie nie lubi tej procesji. Czy da się ją jakoś oswoić?

W tym święcie chodzi o to, by z Eucharystią wyjść poza mury świątyni i pokazać, że nie jest ona tylko czymś, co zamknęliśmy w kościele. Że Bóg obecny w Eucharystii ma wpływ na naszą rzeczywistość, ma wpływ na tę ulicę, na miejsca, w których bywamy. I że sprawy wiary nie są tylko i wyłącznie sprawami prywatnymi. To nie jest tak, że wchodzę do kościoła jak do muzeum, zakładam muzealne kapcie, wyciszam się, przeżywam moją wiarę, a gdy z niego wychodzę, to znów wracam do życia, wiarę pozostawiając za tamtymi murami.

I uroczystość Bożego Ciała ma przełamać ten schemat?

Tak. Chodzi też o to, bym dostrzegł – kiedy po iluś dniach wrócę w te same miejsca, przez które przeszedł tłum z monstrancją – że ta ulica czy ten plac zostały dotknięte obecnością Chrystusa.

Bywa jednak i tak, że to wydarzenie o mądrym przesłaniu spłyca się, akcentując inne, mniej istotne elementy.

To prawda. Swoisty folklor, który procesjom towarzyszy, czasem nie pomaga, a raczej przesłania to, co najgłębsze. Bardzo ważne jest, by dostrzec i zapamiętać, że tymi konkretnymi ulicami przeszedł Chrystus. A jednocześnie odkryć kolejny wymiar tej tajemnicy: że On cały czas tędy przechodzi. Bo przecież, gdy my wychodzimy z kościoła po mszy, to po przyjęciu Komunii mamy Go w sobie, w swoim ciele. I z Nim idziemy na te same ulice. Tak naprawdę to jest to samo.

Procesja Bożego Ciała pomoże nam to sobie uświadomić?

Gdy mam okazję głosić homilię podczas tej uroczystości, często mówię o dwóch procesjach. O tej, w której idziemy publicznie, w tłumie. I o tej, która się odbędzie bez dzwonków, bez kwiatów, bez feretronów – czyli o naszym powrocie z kościoła do domu. Z tym samym przecież Chrystusem przyjętym w Komunii świętej. Wtedy to ja jestem monstrancją.

Miałby może Ojciec jakieś porady dla opornych? Co zrobić, żeby jednak na procesję pójść i wynieść z niej jak najwięcej dobrego?

Bardzo zachęcam, żeby się przygotować do tej uroczystości, np. przeczytać artykuł o historii i znaczeniu kultu eucharystycznego. Wiedza naprawdę pomaga w przeżywaniu takich wydarzeń. Co my tu robimy? Skąd to się wzięło? Poszerzenie horyzontów może ułatwić sensowne wejście w procesję. Poza tym warto przed Bożym Ciałem pójść do spowiedzi, być w stanie łaski uświęcającej, żebyśmy mogli przyjąć Komunię świętą i autentycznie przeżyć tę wspólnotę z Jezusem. Przy tej okazji można też sobie odświeżyć pojęcie i sens postu eucharystycznego, czyli czegoś, co często banalizujemy i o czym zapominamy. Przypomnijmy, że przepis Kościoła mówi o powstrzymaniu się od pokarmów na godzinę przed przyjęciem Komunii.

A kiedy już wybierzemy się na procesję?

Na pewno warto jakoś przełamać anonimowość tłumu. Może choćby uśmiechnąć się do idącego obok, nawiązać kontakt. No bo przecież w tej procesji czcimy obecność Jezusa w Eucharystii, w Komunii świętej. Więc ta komunia powinna również zaistnieć między nami.

Można wtedy ze sobą rozmawiać?

Jednak nie, bo to nie jest wyjście towarzyskie. Zwracam również uwagę na to, by oderwać się od takiego ludzkiego obserwowania wszystkich szczegółów: jaką minę miał ksiądz, co założyła sąsiadka, czy sąsiad przyszedł z dziećmi, czy bez… Nie oceniajmy, nie sądźmy innych ludzi. Każdy z nas trochę inaczej praktykuje kult Eucharystii. Jedni się kłaniają, jedni stoją, inni klękają. Pozwólmy ludziom w procesji tak adorować Najświętszy Sakrament, jak to najlepiej pasuje do ich wrażliwości. Ocenianie, czy ktoś coś robi dobrze, czy też źle, zabija także nasze osobiste przeżywanie tej uroczystości.

Natomiast dobrze by było podjąć osobistą refleksję, co ja tak naprawdę tutaj robię? Czy mam świadomość obecności Chrystusa w Eucharystii? Jakie to ma konsekwencje w moim życiu? Może poszukam miejsca, gdzie odbywa się adoracja Najświętszego Sakramentu i postanowię tam zaglądać od czasu do czasu, by spotkać się z Nim w ciszy? Może obiecam sobie i Bogu, że nie będę się spóźniał na msze i nie będę z nich zbyt wcześnie wychodził, ale zostanę kilka minut dłużej, by poadorować Jezusa, który jest we mnie?

Rozumiem, że chodzi o to, by to świąteczne czczenie Najświętszego Sakramentu jakoś przenieść do naszej codzienności?

Jeśli uroczystość niczego w nas nie zmienia, to znaczy, że była ona nic nie znaczącym kolejnym kościelnym eventem. Według mnie nie chodzi też o to, by na siłę wpychać się w formułę, w której ewidentnie jest mi niewygodnie, w jakiś gorset, który mnie krępuje, męczy i gdzie nie ma żadnego uwielbienia Jezusa. Bardziej zachęcałbym do tego, by tę okazję wykorzystać do przyjrzenia się swojej relacji z Jezusem w Eucharystii. Jak to wygląda w moim życiu, dzień po dniu, tydzień po tygodniu.

Utarło się, że Boże Ciało jest manifestacją publiczną, a Ojciec w naszej rozmowie mocno akcentuje doświadczenie osobiste, indywidualne.

Chodzi mi o to, by o życiu religijnym nie myśleć tylko w kategoriach świątecznych, od eventu do eventu. Takie dni jak Boże Ciało są po to, by zmieniać nasze życie. A tu konkretnie chodzi o odkrycie, że Bóg jest bardzo blisko nas i że On jest dosłownie do jedzenia.

Gdy sobie tak konkretnie wyobrażę, że ten połknięty przez kogoś chleb eucharystyczny jest teraz przetwarzany przez jego ciało, i że się stopniowo zamienia we fragment jego organizmu, to ta osoba nie tylko ma Chrystusa w sobie, ale też w pewnym sensie staje się samym Chrystusem. Wspomina o tym św. Faustyna. Gdy podczas mszy wracała od Komunii, trzymała zawsze mocno podniesioną głowę. Siostry komentowały to trochę zaczepnie: „Zobaczcie, jaka księżniczka”. A ona na to: „Pewnie, że księżniczka, jestem córką Króla, bo przyjęłam ciało Króla”.

To jest kolejny wymiar kultu eucharystycznego. Gdy mam przed sobą osobę, która przyjęła Chrystusa, to moje patrzenie na tego człowieka wywraca się do góry nogami. Jak teraz patrzeć na swoje dzieci, na męża, żonę, na rodziców, gdy mam świadomość, że w nich jest Chrystus. I że po mszy oraz Komunii ten Chrystus wraca razem z nami do naszego domu. To jest element bardzo katolicki: że obecność Jezusa nie kończy się na mszy. Wychodzę z kościoła i mam Go w sobie, czyli idę z Nim w świat w swego rodzaju procesji. Gdy dodatkowo uświadomię sobie, że inni ludzie też chodzą po ulicach z Jezusem w środku, to może obraz procesji jako takiej jednak mi się odmieni. Bo w tej perspektywie procesja w Boże Ciało jest bardziej uroczystym powtórzeniem tego, co dzieje się po cichu codziennie na ulicach całego świata.

Z o. Jackiem Szymczakiem OP rozmawiał Konrad Sawicki.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail