Aleteia

Jola Szymańska: Jak rozmawiać o wierze i nie zwariować

Uśmiechnięta Jola Szymańska
fot. Marek Straszewski
Udostępnij

Dorastając w Kościele człowiek nabiera czujności. Kompletuje oręż, konieczny do przetrwania w dżungli poglądów i racji. Wyostrza zmysły, tak, aby jednocześnie panować nad nimi i mieć je w zanadrzu. Na wypadek sytuacji, w której powinien zareagować.

Jako autorka bloga, który otwarcie traktuje o wierze, często jestem pytana o problemy Kościoła, odchodzenie młodych ludzi od wiary, o wystawne uroczystości religijne i kontrowersyjne kwestie społeczne. Szczególnie na początku budziło to we mnie różne emocje. Najczęściej był to strach – obawa przed intencjami i wyimaginowanymi sugestiami drugiej strony. Nigdy się one nie potwierdziły.

Dziś, nieważne czy pytanie postawione jest znienacka czy mam czas na przemyślenie sprawy, w pierwszej chwili czuję się doceniona i ważna. Za moment przychodzi jednak inna myśl.

Przypominam sobie, że od tego czy w tym momencie zrezygnuję z własnego ego i otworzę się na działanie Ducha Świętego i Jego przekaz, zależy Prawda. A to już wielka odpowiedzialność. Jeżeli przyznaję się do Chrystusa, moje słowa nie są tylko gadaniem dla gadania. I nie firmują tylko mnie.

Mam rację – mam problem

Zabieranie głosu w kwestii wiary, Kościoła, religijności i samego Boga jest trudne, bo dotyczy kwestii dla wierzących najważniejszej – Prawdy, na której zbudowaliśmy swoje życie. I w imię której podjęliśmy niejedną ciężką decyzję. Dlatego emocje są tu zupełnie naturalne. Ale nie tłumaczą wrogości i reagowania na cudzy światopogląd emocjonalno-słowną maczetą.

Łatwo powiedzieć. Co robić, kiedy budzi się w człowieku sztorm i dla zachowania względnego soul-life-balanse potrzebuje on ściąć przeciwnika (najczęściej Bogu ducha, nomen omen, winnego) w pół? Po pierwsze – przestać myśleć o sobie. W ataku paniki zapominamy, że naszym celem nie jest walka z poglądami drugiego człowieka, a tym bardziej z nim samym. Jest nim zbawienie. A na nie od jakichś dwóch tysięcy lat mamy sprawdzony przepis.

Wyjdź na ten banalny szczyt

„Miłość do bliźniego swego”? Serio? Taki banał? Tyle się o niej nasłuchaliśmy, że wydaje się być prostsza niż przespanie kiepskiego kazania. W naszym chrześcijańskim życiu kroczymy dzień za dniem po piaskach miejskiego wybrzeża jak Król Lew. Dziedzice nieba. Dzieci Boga. Katolicy. Sprawiedliwi i przekonani. Dopiero kiedy na nasz teren wkracza obcy i swoją postawą drażni każdą najmniejszą komórkę naszego prawego organizmu, następuje moment, w którym banał miłości okazuje się trudniejszy niż zdobycie Korony Ziemi.

I jak go tu nie zabić twardymi ripostami rodem ze szkolnej katechezy?

Nie chodzi o różnicę zdań

Nie ma niczego złego w wyrażaniu swojej opinii, w różnicy zdań ani w ich wymianie. Ale niesamowicie trudno oddzielić Prawdę od własnych emocji i ran. Mi pomaga prosta myśl: wyrażając opinię (na temat czegokolwiek, a w szczególności na temat wiary i Kościoła) nie musisz nikogo przeciągać na swoją stronę. Ba, nie chodzi tu o twoją stronę! Chodzi o niebo.

Ta subtelna zmiana perspektywy przesuwa mnie na boczny tor. Wbrew pozorom trudno o piękniejsze miejsce.

Kiedy rezygnuję z podkreślania swojej racji i słuszności, staję się wolna. Przestaję być wyniosłą panią sytuacji, a staję się rozmówcą. I okazuje się, że żaden oręż nie jest mi potrzebny. Potrzebna jest mi wyłącznie Boża obecność. Bez Niej nie przekonam ani świata ani rozmówcy, ani nawet do końca samej siebie.