Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Nad morze? Może do Rumunii?

CameliaTWU/Flickr CC
Udostępnij

Trzeba tylko wiedzieć, dokąd jechać, i wiedzieć, gdzie się jedzie.

W zamierzchłych czasach komunizmu setki tysięcy Polaków rok w rok spędzały wakacje na rumuńskim wybrzeżu Morza Czarnego. Tradycja była jednak starsza, bo już w epoce międzywojennej marszałek Józef Piłsudski przybywał parę razy do tamtejszych kurortów na zaproszenie swego przyjaciela, króla Rumunii Karola II.

Dziś jednak dużej części rumuńskiego wybrzeża nie polecam, bo za czasów Ceausescu została zabudowana nudnymi hotelami stojącymi w rządku jak pudełka zapałek. Choć obecnie zostały zmodernizowane na zachodnią modłę, to jednak owe postkomunistyczne kurorty mogą zachwycić tylko zwolenników odpoczynku w niemiłosiernym tłumie oraz hałasie dyskotek.

A jednak podróż do Rumunii nad morze bywa fascynująca. Trzeba tylko wiedzieć, dokąd jechać i wiedzieć, gdzie się jedzie.

Ja już kilka razy spędziłem wakacje na plaży w bajecznej wiosce rybackiej Doi Mai, którą do dziś różne formy modernizacji dotknęły stosunkowo łagodnie. Moja żona jeździła do niej od dziecka, bo jej ojciec, Rumun z Bukaresztu, tam właśnie wiózł w lecie swoją żonę Polkę i swoje rumuńsko-polskie dzieci. Doi Mai, a jeszcze dalej w stronę granicy Bułgarii szalona miejscowość Vama Veche – w czasach komuny mekka rumuńskich hippisów i wszelkich ludzi zbuntowanych –  leżą w najciekawszym zakątku rumuńskiego wybrzeża, na południe od Mangalii, niezwykłego miasteczka, którego urbanistyka, architektura i atmosfera przywodzą na myśl Grecję i Turcję.

To ostatnie skojarzenie jest nieprzypadkowe. W Mangalii znajduje się najbardziej zabytkowy w Rumunii XVI-wieczny meczet, jeden z dziesiątków meczetów w tym regionie, gdzie mieszka większość spośród kilkudziesięciu tysięcy rumuńskich muzułmanów – Turków i Tatarów. Ale Dobrudża, nadmorskie kresy wschodnie Rumunii, między zakolem Dunaju a Morzem Czarnym, to w ogóle od wieków tygiel wielu narodów i tradycji. O pięknie i dramatach tego doświadczenia mówi niedawno wydana w polskim tłumaczeniu książka Cristiana Teodorescu „Medgidia, miasto u kresu”.

Zanim w ostatnim dwudziestopięcioleciu wieku XIX rosnące w siłę nowe europejskie państwo – Rumunia – objęło we władanie Dobrudżę i skutecznie ją skolonizowało, dając sobie dostęp do morza, tą krainą rządzili Turcy. Ale w dawniejszych czasach były tu kolonie greckie, a potem rządzili tu Rzymianie. Choć jeden z największych rzymskich poetów Owidiusz zmarł w mieście Tomis jako zesłaniec (nie znosił życia wśród zbarbaryzowanych Greków i Sarmatów i marzył o powrocie do Rzymu), to jednak współcześni mieszkańcy tego miasta, które dziś nazywa się Konstanca – tym razem Rumuni – czczą jego pamięć. Imię poety nosi nawet tamtejszy uniwersytet.

Strony: 1 2

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail