Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

List do Pani, którą moje dzieci wyprowadziły z równowagi podczas mszy

Jaromir Chalabala/Shutterstock
Udostępnij

Duch Święty prowadzi nas do świętości zadziwiającymi ścieżkami.

Szanowna Pani,

Nie znamy się, ale czuję, że po naszej krótkiej rozmowie po ostatniej niedzielnej mszy św. muszę do Pani napisać.

Na pewno mnie Pani pamięta. To ja jestem tym zahukanym, ubabranym jedzeniem i szukającym po całym kościele dziecięcego smoczka menedżerem cyrku, który odbył się w kościelnej ławce tuż przed Panią.

Tacy jak my powodują, że ludzie nie mogą skupić się na homilii. Nasza ławka głośno krzyczy „Amen” zupełnie nie w porę. Przekazujemy znak pokoju brudnymi rękami. Niańczymy dzieci podczas konsekracji. Mógłbym tak wymieniać bez końca.

Chyba jednak nie wie Pani, jak bardzo jesteśmy świadomi tego, że przeszkadzamy innym w przeżywaniu mszy. Może wcale na to nie wygląda. Ale zapewniam, że kiedy tylko „owoc miłości małżonków” odezwie się zbyt głośno, upuści śpiewnik, zroluje dywanik na klęczniku czy narobi w pieluchę, odczuwamy wielki wstyd i lęk, że wiernym obok przeszkadza to w kontakcie z Panem Bogiem.

Domyślam się, że tego zażenowania i przerażenia nie widać na zewnątrz, bo ubiegłej niedzieli najwyraźniej Duch Święty natchnął Panią, by mi oznajmić, że kompletnie sobie nie radzę. „Czy pan nie wie, że w kościele jest osobne pomieszczenie, gdzie dzieci mogą hasać do woli? Czy następnym razem nie można właśnie tam się ulokować z płaczącymi wniebogłosy dziećmi? Dlaczego nie powie pan dzieciom, że nie wypada tańczyć pomiędzy ławkami podczas czytania Ewangelii? Przecież tu się ludzie modlą!”.

Jestem zły na siebie. Kiedy przekazywała mi Pani te wszystkie cenne rady, nie umiałem odpowiedzieć. Mówiąc zupełnie szczerym, Pani uwagi tak bardzo wbiły mnie w posadzkę, że nie miałem szans zareagować inaczej, jak tylko wybąkując „przepraszam”.

Dopiero w drodze do domu zaczęły mi przychodzić do głowy cięte riposty.

Żałowałem, że nie powiedziałem Pani, że te wszystkie pełne wyrzutów spojrzenia i krytyczne uwagi zniechęcają rodziców, by zabierać dzieci do kościoła.

Żałowałem, że nie przypomniałem Pani sytuacji z 10. rozdziału Ewangelii wg św. Marka. Czy pamięta Pani reakcję Jezusa? Gdy Jezus to zauważył, oburzył się i rzekł im: „Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie, nie zabraniajcie im, bo to takich należy Królestwo Boże”.

Dokładnie tak, droga Pani – Jezus się oburzył!

Żałowałem, że nie przypomniałem Pani słów z Gaudium et Spes, gdzie wyraźnie jest mowa o tym, że „dzieci są darem miłości małżonków…”.

To prawda – dzieci to największy powód Pani (i mojej także) frustracji podczas mszy św. Rozpraszają nas, denerwują i uniemożliwiają skupienie się na tym, co najistotniejsze. Lecz w taki sposób przyczyniają się do naszego uświęcenia.

Żałuję, że nie dałem Pani do zrozumienia, że denerwujące zachowanie moich dzieci może być tym, czego pragnie dla Pani Bóg. Może On chce pomóc Pani przezwyciężyć egoistyczne myślenie i stać się świętą? Wiem, że taki plan ma na pewno w stosunku do mnie.

Żałuję wreszcie, że nie przypomniałem Pani, że nasza wiara opowiada się po stronie życia. I choć to czasem niewygodne czy trudne, denerwujące dzieci są pięknymi owocami wiary właśnie w wartość życia.

Kiedy myślę o Jezusie patrzącym na naszą parafię z góry, wyobrażam sobie, jak śmieje się, kiedy homilię proboszcza przerywa gruchanie niemowląt oraz śmiech i krzyki przedszkolaków.

Wychodząc na kolejną mszę św., starałem się zapamiętać te argumenty, by móc przekazać Pani, co myślę o Pani uwagach sprzed tygodnia. I wtedy właśnie coś sobie uświadomiłem.

Zrozumiałem, że może nie jest Pani nielubiącą dzieci staruszką, za jaką Panią wziąłem. Być może Pani krytyka nie ma nic wspólnego z naszą czwórką? Może doświadcza Pani jakiegoś zranienia, bólu tak dojmującego, że nie potrafię go sobie wyobrazić, a który spowodował, że skrytykowała mnie Pani?

Cytat z listu św. Pawła do Filipian uświadomił mi, że muszę przestać myśleć wyłącznie własnymi kategoriami. W pokorze oceniajcie jedni drugich za wyżej stojących od siebie. Niech każdy ma na oku nie tylko swoje własne sprawy, ale też i drugich.

Czy pomyślałem, że Pani krytyczne uwagi mogły być wywołane głębokim cierpieniem z powodu bezpłodności? Czy uwzględniłem, że Pani komentarz mógł być spowodowany smutkiem z powodu niekochającego czy zaniedbującego Panią małżonka? Czy pomyślałem, że Pani krytyka to wyraz żalu, bo być może nie potrafiła Pani zadbać o uczestnictwo we mszy św. swoich dzieci, przez co te odeszły od wiary?

Przyznaję, nie pomyślałem tak ani razu. Cały czas skupiałem się na własnych odczuciach. Co gorsza, dałem opanować się myślom, że teraz wreszcie pokażę Pani jej miejsce w szeregu.

Jeśli mam zamiar zasugerować, że Bóg posadził w kościelnej ławce przed Panią nieznośną, głośną i denerwującą rodzinę po to, aby Panią uświęcić, muszę przyznać przed sobą, że Pani obecność w moim życiu ma ten sam cel.

Muszę zdecydować, czy odrzucę to, co Bóg mi daje w Pani osobie (wówczas zepsuję moją relację z Nim), czy może przyjmę Panią taką, jaka Pani jest, także krytykującą mnie.

Nie jest to łatwe, ale wybieram drugą opcję.

Modlę się za Panią i proszę Panią o modlitwę za mnie. Jak sama Pani widzi, po tym, co wyrabiamy w ławce przed Panią, bardzo tego potrzebuję.

Tekst opublikowany w angielskiej edycji portalu Aleteia
Tłumaczenie: Aleteia 

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail