Aleteia

Czas na wakacyjną miłość… we własnym małżeństwie

Bart Heird/Flickr
Udostępnij

Tych kilka prostych sposobów sprawi, że być może znowu poczujecie motyle w brzuchu.

W czasach szkolnych najbardziej lubiłam wakacje. I nie dlatego, że miałam dwa miesiące laby i beztroskich wypadów nad morze, ale dlatego, że niezłomnie wierzyłam w wakacyjną miłość! Taką, która dopadnie mnie na zakręcie i będzie trwać aż po grób! Jak więc na prawdziwą romantyczkę przystało, wakacje mijały mi… jak zwykle – bez ochów i achów. A miłość przyszła jesienią. I to kilka lat później.

Odkąd jestem żoną, wakacje już tak bardzo mnie nie ekscytują. Miłość już mam, więc na co tu czekać?

 

Jak to na co? No jasne, że na miłość! Jeżeli zastanawiasz się, co ja plotę, to prawdopodobnie myślisz, że po iluś latach małżeństwa to jest co najwyżej czas na zbieranie drewna i gwoździ do trumny, a szczeniackie uczucia nie przystoją takim weteranom, jak Wy. To pułapka! Uciekaj stamtąd!

Praca plus dzieci równa się codzienność. W tym prostym równaniu można się pogubić i stracić z oczu cel nadrzędny, czyli małżeńską miłość. Jeżeli czujesz, że jesteś bardziej na minusie niż na plusie, jeżeli masz w sobie pragnienie zmiany, odzyskania tych wszystkich uczuć, które kiedyś mimowolnie łączyły Wasze dłonie i spojrzenia, jeżeli tylko chcesz – to zapraszam Cię do wakacyjnego eksperymentu! Bo do zakochania jeden krok…

Fakt faktem, zakochanie nie ma najlepszej opinii w mieście. Kojarzone jest z niedojrzałością, z zaślepieniem, z ulotnością. I jasne – jeżeli zakochanie nie wskakuje na wyższy poziom, nie rozwija nas, nie pokazuje rzeczywistości, tylko wyobrażenia, to może narobić człowiekowi w życiu bałaganu, który z trudem przyjdzie uprzątnąć. Ale jeżeli zakochanie przepoczwarzyło się w miłość, to warto czasem do niego wracać. Dla dojrzałej miłości nie jest zagrożeniem, ale jej miłym odświeżeniem.

 

To co, zaczynamy?

Sposób nr 1. Ładowanie akumulatorów

Niezręcznie byłoby zrobić falstart. Dlatego naładujcie akumulatory wspólnymi pragnieniami. Do tego polecam seminarium Marka Gungora „Przez śmiech do lepszego małżeństwa”. Zaaranżujcie sobie cztery godziny, tylko we dwoje. Lampka wina, dobry nastrój i… wciskacie play. Po obejrzeniu całości będziecie wiedzieć, co robić. Obiecuję Wam, będzie się działo!

 

Sposób nr 2. Przełamcie schemat

Tak jak na początku związku wszystko było pierwsze i pełne przyjemnych doznań, tak i teraz zróbcie coś nowego, przeżyjcie to razem. I najlepiej poza domem.

 

Sposób nr 3. Wyzwanie wdzięczności

Tak, ja wiem, że po kilku latach wspólnego życia można mieć wrażenie, że już za wszystko sobie podziękowaliśmy. Że teraz już jest czas głównie na małżeńską akupunkturę – wbijanie jednej szpilki za drugą. Dlatego podejmijcie wyzwanie! Codziennie jedna karteczka z dokończonym zdaniem: „Dziękuję ci za…”. Słowo pisane nie choruje na sklerozę. A docenienie drugiej osoby ma moc wskrzeszania związku.

 

Sposób nr 4. Wyjdźcie do ludzi.

Jesteśmy istotami społecznymi. Potrzebujemy ludzi do życia. Do normalnego funkcjonowania. To dzięki ludziom nasz dom nie zamienia się w izolatkę z białymi ścianami. Ludzie inspirują, budzą emocje, motywują. Może piknik ze znajomymi? Czy to nie brzmi fajnie?

 

Sposób nr 5. Módlcie się razem.

Z Jego błogosławieństwem weszliście na małżeński szlak, więc nie rezygnujcie z tego Boskiego Przewodnika. On was poprowadzi przez najbardziej strome granie waszego życia. Nie musicie od razu toczyć wielogodzinnych wspólnych dysput z Panem Bogiem. Na dobry początek wystarczy, jeśli wypowiecie kilka zdań. Choćby tak, jak śpiewał Jacek Kaczmarski:

„Proszę pani, cierpieć się staram.
Starczy spytać żony i dzieci.
Kocham. Miłość – księga stara,
Którą warto Bogu polecić”.

Powodzenia!