Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Umieranie mojego taty było dla mnie ważną lekcją. Czego nauczyłam się o życiu?

Photographee.eu/Shutterstock
Udostępnij

Bez wątpienia, wielką łaską jest niemożność polegania na sobie i nauka całkowitego polegania na Bogu i innych.

Całkiem bezsilni

Kiedy trzykrotnie kreśliłam znak krzyża na czole własnego ojca w przedostatnią noc jego życia, modliłam się: „Błogosławię cię, w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. Spojrzał wtedy na mnie szeroko otwartymi oczami, trochę tak, jak moje dzieci, kiedy wstawały od modlitwy i domagały się pocałunku przed snem.

To samo pomyślała moja matka. „On jest jak małe dziecko” – powiedziała chwilę potem o swoim zmęczonym chorobą Parkinsona, osiemdziesięciosześcioletnim mężu. „Stał się na powrót dzieckiem” – powtórzyła, zaskoczona i jednocześnie zasmucona taką konstatacją.

Mieliśmy świadomość nieuchronności nadejścia tego dnia. A mimo to staliśmy całkiem bezsilni na widok bezradności kogoś, kto był niegdyś pełnym sił witalnych mężczyzną, prawdziwym okazem zdrowia.

Przeniosłam się myślami do jednych z najwspanialszych chwil spędzonych z ojcem. Było to dziesięć lat wcześniej, kiedy prowadziłam zajęcia z etyki medycznej w College’u Matki Bożej Bolesnej. Ojciec był strasznie dumny z tego, że zostałam wykładowczynią akademicką. Lubił przychodzić na zajęcia jako wolny słuchacz, a moi studenci przepadali za nim. W domu uważnie czytał kursowy podręcznik, zakreślał fragmenty, a potem kładł książkę na stoliku obok swojego fotela, żeby móc ją pokazać gościom. Już wtedy rozpoczął walkę z Parkinsonem. Szczęśliwie, silne drżenie wywołane przez chorobę dało się opanować lekami.

 

Tajemnica straty

Pewnego dnia wcześnie rano podjechałam pod dom rodziców, aby jak zwykle zabrać tatę na zajęcia. Przejechaliśmy przez most na drugą stronę Missisipi w kierunku niewielkiego katolickiego college’u. Z drzew rosnących tuż przy parkingu zerwaliśmy kilka dojrzałych pomarańczy i tylnym wejściem weszliśmy do budynku. Skorzystaliśmy z windy, a następnie udaliśmy się długim, wykładanym białą glazurą korytarzem w stronę sali zajęciowej, w której czekało już trzydzieścioro studentów.

Byliśmy mniej więcej w połowie drogi, kiedy nagle nogi odmówiły ojcu posłuszeństwa. Nie mógł postawić kolejnego kroku. Na twarzy malowało mu się największe przerażenie. Kilka sekund później zgiął się w pół i zaczął szlochać, rozpaczając nad utratą kontroli nad własnym ciałem. „Dalej, tato. Dasz radę” – starałam się go zachęcić podejmując pod łokieć i lekko popychając w kierunku sali. Spóźniliśmy się. Choć nie dawał po sobie nic poznać, widziałam, że świadomość pogarszającego się stanu zdrowia przeraziła go. Były to pierwsze symptomy choroby, która ostatecznie całkowicie uniemożliwiła mu poruszanie się i mówienie.

Kiedy tak patrzyłam na słabe, bezsilne ciało mojego ojca, zaczęłam się zastanawiać nad  tajemnicą utraty sił i niemożności kontynuacji sposobu życia, do jakiego przywykliśmy. Pomyślałam też o przygotowaniu się na życie wieczne. Bez wątpienia, wielką łaską jest niemożność polegania na sobie i nauka całkowitego polegania na Bogu i innych. Ostatni okres życia jest zazwyczaj czasem obnażenia słabości, momentem, kiedy musimy odrzucić maski, za którymi wcześniej się chowaliśmy i kiedy nie działają już mechanizmy obronne. To święty czas, kiedy ponownie trzeba nas kąpać, karmić, przewijać i nosić. To też czas, kiedy pomimo pomarszczonej skóry nabywamy na nowo serca dziecka.

 

Łaska bezradności

Bezsilność to łaska, która wymaga od nas poddania się, która testuje naszą zdolność do otwarcia na to, co daje nam Bóg i inni ludzie. Bezsilność to pocałunek niebios, wymuszający na nas zaufanie, to pocałunek-zaproszenie do domu, do miejsca, w którym wreszcie pojmiemy, że miłość Boga do nas jest nieskończona, choć On widzi nas takimi, jakimi tak naprawdę mamy być – małymi dziećmi.

Dobranoc, tato. Kocham Cię. Wszystko dobrze. Leż spokojnie” – powiedziałam, nachylając się i całując dziecięcą twarz ojca.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail