Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Dlaczego nie zadaję pytań o sens Powstania Warszawskiego?

Kamil Szumotalski/Aleteia
Udostępnij

Czy tego chcę, czy nie, mieszkając w Warszawie, tym niepokornym Mieście, staję się jego częścią. Noszę jego blizny ze sobą, a każda z nich to oddzielna historia.

Pamiętam ten wieczór jak dziś. Spokojny, wakacyjny wieczór na wsi. W telewizji rozpoczęła się relacja z 60. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Wyjątkowe obchody, w czasie których otwarto Muzeum Powstania Warszawskiego na warszawskiej Woli.

Nie wiem, co dokładnie wydarzyło się tamtego wieczora, ale jedno wiem na pewno. Tego dnia się zakochałem.

Po powrocie z wakacji zaczął się czas zgłębiania wszelkiej wiedzy na temat tych 63 warszawskich dni. Szybko wyczerpał się zbiór informacji zawarty w podręcznikach do historii, jeszcze szybciej połknąłem wszystkie artykuły i specjalne numery dzienników oraz czasopism wydanych w okolicach rocznicy.

Kolejne książki podsuwali mi już rodzice, którzy odnajdywali albumy i opracowania historyczne w domowej biblioteczce. Wreszcie zacząłem dokształcać się z własnego kieszonkowego. Od tamtej pory umiłowałem miłością ogromną i wdzięczną wszystkie antykwariaty.

Kiedy przeglądałem różne książki i opracowania, lista pytań zamiast się skracać, wydłużała się o kolejne i coraz bardziej zawiłe kwestie, na które odpowiedzi szukać próżno w publikacjach.

Od tamtego pierwszego zachwytu minęło ponad 10 lat. Ze zdziwieniem zauważyłem pewną rzecz. Na liście moich pytań zabrakło tego, które dzisiaj dla wielu jest fundamentalne: czy Powstanie Warszawskie było słuszne?

W czasie, kiedy gromadziłem informacje i szukałem odpowiedzi na wszystkie wątpliwości w rozmowach na historycznych forach internetowych, mieszkałem i żyłem w Warszawie, która od pamiętnego 1 sierpnia 2004 roku dla mnie stała się miastem zupełnie innym.

Kolejnym przełomowym momentem była wizyta w Muzeum Powstania Warszawskiego. Zwiedzającym towarzyszy tam nieustannie dźwięk bicia serca, który jest słyszalny niemal z każdego miejsca budynku. Stojący pośrodku ekspozycji monument, stanowiący źródło owego dźwięku, do dzisiaj jest dla mnie jednym z najbardziej poruszających miejsc.

Podobno słuchanie bijącego serca buduje więź tak silną, jak patrzenie w oczy drugiej osoby. W tym dziwnym Muzeum usłyszałem serce Warszawy. Do tego dźwięku wracałem przez kilka lat co najmniej raz w tygodniu. Zostałem wolontariuszem, chyba najmłodszym, Muzeum Powstania Warszawskiego. Miałem wtedy 14 lat.

Jeżdżąc – kiedyś do liceum czy na dyżur do muzeum, a teraz do pracy i na spotkania ze znajomymi – przemierzam tramwajami Wolę, ulicę Młynarską, Żytnią, mijam Powązki cmentarz żydowski, ewangelicko-augsburski i ewangelicko-reformowany. Film „Miasto 44” w bardzo wyraźny sposób unaocznił wszystko to, co działo się pomiędzy pomnikami i krzyżami, pod którymi gęsto kładli się młodzi chłopcy i doświadczeni żołnierze.

Nie tak dawno, oprowadzając znajomych po Warszawie, przechodziliśmy obok tablicy upamiętniającej kilkadziesiąt osób rozstrzelanych przez Niemców. Znajomy przyjrzał się tej tablicy i zasmucił, pytając o to miejsce. Jako mieszkaniec tego niezwykłego miasta, przywykłem do miejsc pamięci, które są przecież rozsiane po większości dzielnic. Zdałem sobie też sprawę, że każda tablica jest dla Warszawy jak blizna.

Czy tego chcę, czy nie, mieszkając w tym niepokornym Mieście, staję się jego częścią. Noszę jego blizny ze sobą, a każda z nich to oddzielna historia. Noszę, przyzwyczajam się do nich, powszednieją. Jednak czy mam prawo je ukryć? Co więcej, czy mam prawo nie znać ich historii, nie umieć opowiadać o nich ze smutkiem, czułością, rozrzewnieniem, czy wypiekami na twarzy?

 

Warsaw_1944_by_Bałuk_-_26314
Stefan Bałuk, Domena Publiczna za Wikipedia

 

Kiedy miałem 13 lat, nie zastanawiałem się nad sensem Powstania Warszawskiego. Wszyscy biorący w nim udział, jak choćby moja ciocia i wujek, byli dla mnie bohaterami, którzy mieli serce i patrzyli w serce. Stali się dla mnie tymi, którzy usłyszeli to miarowe bicie wielkiego serca miasta i wiedzieli, że nie można inaczej.

Kazimierz Iranek-Osmecki mówił, że „trzeba było przeżyć 5 lat okupacji w Warszawie w cieniu Pawiaka, trzeba było słyszeć codziennie odgłosy salw, tak, że przestawało się je słyszeć, trzeba było asystować na rogu ulicy przy egzekucji dziesięciu, dwudziestu, pięćdziesięciu przyjaciół, braci lub nieznajomych z ustami zaklejonymi gipsem i oczami wyrażającymi rozpacz lub dumę. Trzeba było to wszystko przeżyć, aby zrozumieć, że Warszawa nie mogła się nie bić”.

Dzisiejsza Warszawa jest okupowana co najwyżej przez protestujące grupy społeczne, jedyne egzekucje, które się odbywają, to te komornicze, usta zaklejone gipsem możemy oglądać w muzeach i galeriach, a oczy wyrażające rozpacz lub dumę przewijają się przez trybuny Stadionu Narodowego wyrastającego nad panoramę prawego brzegu miasta. I nie trzeba tu mieszkać, pracować, żyć, aby zrozumieć, że o Powstaniu nie można zapomnieć.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail