Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Szymon Majewski: Supermama kontratakuje, czyli jak moja mama po latach przygadała złośliwej nauczycielce

Udostępnij

Nie uczyłem się dobrze, oj nie. Byłem za wesoły, nadpobudliwy, rozgiglany. W szkole mówili, że niegrzeczny, dziadek Ignacy twierdził, że jestem tzw. żywe srebro, lekarze dwadzieścia lat później, że mam ADHD.

Roznosiło mnie. W liceum sprawa się pogorszyła. Ówczesny system szkolny wyraźnie nie wytrzymywał kudłatego Szymka z dziurami w spodniach i kurtką jeansową pozszywaną z innych kurtek.

Nie byłem bandziorem szkolnym, nie. Byłem młodym wesołym wrażliwcem, trochę przerażonym nagłą dorosłością, poszedłem więc w wygłup. Niektórzy nauczyciele to rozumieli, jak kochany polonista prof. Gugulski, który miał na mnie sposób, po prostu otwierał drzwi, kazał mi wyjść i się wygalopować!

Cały czas zresztą powtarzał, że Majewski jest w porządku, tylko trzeba wiedzieć, którą szufladkę w głowie otworzyć. Wierzył we mnie i ja dzięki temu trochę w siebie też. Lubił moje wypracowania, dawał mi na przykład dwóję za pisanie nie na temat, a jednocześnie piątkę za świetny pomysł.

 

Jego przeciwieństwem była Pani od matematyki. Pani T. Nie rozumieliśmy się zupełnie. Ja – przerażony matematyką. Ona – surowa, ostra, oj nielubiąca chyba takiego chudego sowizdrzała jak ja. Na jej lekcjach się spinałem, kładłem wszystkie klasówki, sypały się dwóje i pały. Dwója. Powiecie, ludzka rzecz. Jednak pani T. sprawiały one największą radość. Nie było mowy o jakiejś pomocy, wytłumaczeniu. Atmosfera na lekcjach była jak na minutę przed operacją Pustynna Burza.

Moja mama posłała mnie na korepetycje i tu ciekawa sprawa, mój korepetytor twierdził, że matematykę umiem spokojnie na trójkę, tylko mam kompletną blokadę na panią T. I strach przed szkołą.

Efektem moich starań albo raczej niestarań było niezdanie. Na tle klasy, rzeczywiście ja i moi dwaj przyjaciele byliśmy trochę kolorowymi ptakami. Pani T. ewidentnie na nas zagięła, jak to się mówi, parol. Jednego z nas, Marcina, ratowało to, że był dobry z matmy, mnie i mojego przyjaciela Rafała już nic.

 

Pani T. wiedziała, że interesujemy się innymi przedmiotami, że jesteśmy dobrzy z historii, polskiego, ale to w jej oczach nas nie ratowało, ba, chyba nawet nas pognębiało, bo wymykało się zaszufladkowaniu nas w roli całkowitych ciołków. Wszystkie wywiadówki i zebrania kończyły się dla mojej mamy płaczem. Pani T. jakoś lubiła chyba jej smutek, moja mama zaś chyba to trochę ułatwiała, była delikatna, zbyt delikatna na tamte czasy, wychowywała mnie sama, ze swoją przedwojenną, romantyczną nadwrażliwością zbierała cięgi od ludzi, którzy chcieli się poczuć lepiej.

Pamiętam, że nie chciałem widzieć mamy słabej, bezbronnej, ale parę rzeczy ją przerosło, dostało jej się od życia, męża, nie potrafiła się odnaleźć w rzeczywistości PRL-owskourzędniczej. Nasza pani matematyczka zaś święciła triumfy, po niezdaniu do kolejnej klasy w końcu poległem na maturze, pamiętam jej głośne: „Majewski! Nie rokujesz!”, ostry, podcinający skrzydła wyrok na początku klasy maturalnej. I tak się stało. Nie zdałem. Najciekawsze jest to, że mogła mi postawić słabą trójkę.

Mama kumulowała w sobie te porażki i razy. Nie sądziłem, że kiedyś wybuchnie. Do czasu.

Minęło dziesięć lat. Pracowałem już w radiu, urodziły się dzieci. Któregoś czerwcowego dnia dzwoni do mnie sąsiadka mojej mamy i mówi:

– Szymon, mama dzisiaj przeszła samą siebie, dokonała ataku na twoją matematyczkę w sklepie spożywczym! Przerażony, zatelefonowałem do mamy:

– Mamo, Boże, co się stało?

– Szymku, musiałam. Spotkałam w spożywczym panią T. i nie wytrzymałam, poczekałam aż nie będzie miała odwrotu i przy półce z nabiałem zablokowałam jej drogę ucieczki, przyparłam torbami i powiedziałam: – Ty podła babo, dlaczego w szkole gnębiłaś tak fajnych chłopców!!!

Powiedziałem: – Mamo, po co, rany gościa, po tylu latach?

A mama odpowiedziała: – Synku, musiałam!!!

To prawda. Musiała. Po raz pierwszy pokonała samą siebie, wyszła z roli ofiary, bezbronnej matki do bicia!

I wiecie co? Byłem z niej dumny!

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail