Aleteia

Jan Paweł II kategorycznie sprzeciwiał się wojnie w Iraku. Dziś widzimy, że miał rację

ASSOCIATED PRESS/FOTOLINK
Udostępnij

Powodowany jakimś profetycznym przeczuciem, papież słusznie określił ten konflikt mianem „koszmarnego i nieodwracalnego w skutkach przedsięwzięcia”.

Dziś, z perspektywy czasu, wiemy już, że przyjęta wówczas przez koalicję antysaddamowską doktryna „uderzenia wyprzedzającego” z góry przekreślała jakiekolwiek szanse na wypracowanie kompromisu mogącego ocalić pokój. W świetle ujawnionych kilka lat później faktów o nieprawdziwych informacjach wywiadowczych na temat składów broni masowego rażenia, mających jakoby znajdować się w kontrolowanym przez reżim Iraku, jeszcze bardziej napełnia wszystkich ludzi dobrej woli graniczącym z niedowierzaniem uczuciem głębokiego rozgoryczenia, żalu i smutku, obnażając zarazem absurdalny i haniebny charakter tej wojny.

Potwierdzeniem tego jest niedawno opublikowany tzw. raport Chilcota. W raporcie stwierdza się, że ówczesny premier Wielkiej Brytanii Tony Blair, podobnie jak George Bush junior byli zwolennikami opcji prowojennej za wszelką cenę i nie dopuszczali nawet myśli o szukaniu alternatywnych możliwości rozwiązania konfliktu.

Nie słuchano Kościoła

Dziś nie jest już dla nikogo tajemnicą, że wojny wygrywa się w pierwszej kolejności w wymiarze propagandowym. I tak też było w tym konkretnym przypadku. Bo przecież czymże innym, jak nie brutalną i wyrachowaną propagandą, obliczoną na zmanipulowanie światowej opinii publicznej, były rozpowszechniane drogą medialną kłamstwa prowojennego lobby na temat rzekomo ukrywanych na terenie Iraku składów broni masowego rażenia i arsenałów zakazanej przez międzynarodowe konwencje, budzącej powszechne przerażenie broni chemicznej.

Jednocześnie ignorowano i nie dopuszczano do medialnego przekazu nawoływań i ostrzeżeń Kościoła oraz innych środowisk przeciwnych wojnie na temat konsekwencji, jakie musiała ona nieuchronnie za sobą pociągnąć. A w szczególności na temat groźby wszechogarniającego kraj i region chaosu oraz postępującego w ślad za nim rozkwitu islamskiego terroryzmu.

W efekcie rozpętanej przez administrację George’a Busha i rząd Tony’ego Blaira wojennej pożogi, określanej mianem II wojny w Zatoce Perskiej, śmierć na irackiej ziemi zebrała niezwykle krwawe i obfite żniwo w postaci kilkuset tysięcy ofiar cywilnych unicestwionych przez, jak się okazało, niestety wcale nie aż tak inteligentne bomby, jak to deklarowali koalicyjni agresorzy. Pozostałe skutki tego absurdalnego konfliktu zarówno kraje Bliskiego Wschodu, jak i kraje innych części świata odczuwają w większym lub mniejszym stopniu jeszcze po dzień dzisiejszy.

Jan Paweł II: świadek wojennego koszmaru

Kiedy z czasem okazało się, że wojna jest nieunikniona, Jan Paweł II ogłosił dzień 5 marca 2003 dniem modlitwy i postu w intencji pokoju w Iraku i Ziemi Świętej, a na jego zaproszenie do wzięcia w nim udziału odpowiedzieli masowo ludzie z całego świata, przynależący do różnych religii.

W niedzielę 16 marca 2003 r., w swym przemówieniu wygłoszonym przed modlitwą Anioł Pański na placu św. Piotra w Rzymie, Jan Paweł II zwrócił się do słuchających go wiernych i całej społeczności międzynarodowej tymi oto słowami: „W obliczu straszliwych konsekwencji, jakie międzynarodowa operacja zbrojna niosłaby dla ludności Iraku i równowagi całego, i tak już mocno doświadczonego, regionu Bliskiego Wschodu oraz mając na uwadze niebezpieczeństwo uaktywnienia się ekstremizmów, wołam do wszystkich: wciąż jeszcze jest czas na negocjacje; wciąż jeszcze jest szansa na pokój; nigdy nie jest za późno na to, aby się porozumieć i kontynuować rozmowy pokojowe”.

Chwilę później do milionów ludzi na całym świecie z głębi serca popłynęło pamiętne papieskie przesłanie:  „Ja należę do tego pokolenia, które doświadczyło koszmaru II wojny światowej i któremu udało się przeżyć. Wszystkim młodym ludziom oraz wszystkim, którzy są ode mnie młodsi i którzy w związku z tym sami tego nie doświadczyli, mam dziś obowiązek powiedzieć: Nigdy więcej wojny!”.