Aleteia

Wodząc za nos hitlerowców: jak wymyślono chorobę „K”, by uratować setki Żydów

Udostępnij

Szanowany lekarz wymyśli jednostkę chorobową i nazwał ją inicjałem nazwisk szefów SS i Luftwaffe.

Choć nazwa choroby brzmiała groźnie, „K” nie była śmiercionośnym wirusem. Tak prof. Giovanni Borromeo oraz zakonnicy ze szpitala bonifratrów nazwali fałszywą jednostkę chorobową, której celem było… ratowanie setek Żydów przed nazistowską eksterminacją podczas II wojny światowej.

 

Śmiertelna choroba „K”

Kiedy SS wkroczyło do szpitala Fatebenefratelli na rzymskiej Wyspie Tyberyjskiej, personel medyczny i zakonnicy wyjaśnili Niemcom, że za drzwiami dwóch oddziałów znajdują się pacjenci cierpiący na śmiertelną chorobę o nazwie „K”. Oficerowie SS nie odważyli się wejść na żaden z nich. Gdyby to zrobili, natknęliby się na rodziny żydowskie (mężczyzn na jednym, kobiety i dzieci na drugim oddziale).

W uznaniu tego niebywałego aktu odwagi i pomysłowości Fundacja Raoula Wallenberga nadała szpitalowi, jednemu z najstarszych i najznamienitszych w Wiecznym Mieście, prestiżowy tytuł „Domu Życia”. Na dziedzińcu szpitala zawieszono tablicę pamiątkową (na zdjęciu powyżej).

Jedną z uratowanych w szpitalu była, wówczas 10-letnia, Luciana Tedesco. Dziś na wspomnienie tamtego czasu uśmiecha się promiennie: „W szpitalu nie było chyba autentycznie chorych. Wszystkie osoby, które tam spotkałam były zdrowe. Byliśmy uciekinierami, którzy odnaleźli tu swój dom”.

 

Br. Maurycy Białek

W ratowanie Żydów zaangażowany był także polski zakonnik Maurycy Białek, ówczesny przełożony wspólnoty bonifratrów, który w piwnicy szpitala założył nielegalną radiostację. Umożliwiła ona kontakty z partyzantami w Rzymie i całym regionie.

Zakonnicy wyrabiali swoim „pacjentom” fałszywe dokumenty i znajdowali im schronienie w klasztorach włoskiej stolicy. Prof. Borromeo, w czasie II wojny światowej znany lekarz, wykazał się niebywałym poczuciem humoru, nazywając wymyśloną przez siebie chorobę literą „K”. To pierwsza litera nazwisk szefa rzymskiego SD Herberta Kapplera oraz generała Alberta Kesselringa.

Gabrielle Sonnino to kolejna była pacjentka. Przyjęto ją do szpitala 16 października 1943 roku. Miała wtedy zaledwie cztery lata. W wywiadzie dla Aletei Gebrielle powiedziała: „Były tam dzieci w moim wieku. Całymi dniami nie mogliśmy nic robić i nie mieliśmy pojęcia, dlaczego nas zamknięto. Sądziliśmy, że jesteśmy tam za karę. Dziś wiem, że pobyt w szpitalu był dla nas ocaleniem”. Sonnino wspominała ze łzami we oczach br. Maurycego Białka: „Był dla mnie jak ojciec. Zawdzięczam mu życie”.

Napis na tablicy, która jest świadectwem dla tysięcy osób przemierzających szpitalny dziedziniec, głosi: „Miejsce to było promieniem światła rozświetlającym ciemności Holokaustu. Mamy moralny obowiązek upamiętnienia bohaterów tamtych dni, aby znały ich i doceniały przyszłe pokolenia”.

Artykuł powstał w oparciu o materiały przekazane przez Fundację Raoula Wallenberga