Aleteia

Moja babcia przeżyła okupację, ale o tym jednym wydarzeniu z Powstania nigdy nie chciała mówić…

Inscenizacja historyczna "Wola 44" / fot. REPORTER
Udostępnij
Komentuj

Moja babcia rozmawiała o okupacji bez zahamowań. Ale gdy dochodziła do przeżyć z Powstania Warszawskiego, całkowicie się zamykała – mówi Marta Smolańska, autorka bloga „Duchy Warszawy”.

Alina Petrowa-Wasilewicz: Od pięciu lat prowadzi Pani blog Duchy Warszawy. Jak to się zaczęło?

Marta Smolańska: Będąc na emigracji w Wielkiej Brytanii, zatęskniłam za moim rodzinnym miastem. Gdy wróciłam do Polski, zaczęłam wędrować po Warszawie, rozmawiać z ludźmi, szukać resztek ginącego świata, bo coś z niegdysiejszego miasta ocalało, a ja chciałam to uwiecznić.

Zwłaszcza starsi ludzie zapisywali mój telefon, dzwonili, umawialiśmy się i zbierałam ich niesamowite opowieści. Zaczęłam wypytywać mamę, co opowiadała babcia, jak przeżyły Powstanie Warszawskie. Otrzymałam ogrom informacji naładowanych emocjami. Postanowiłam, że będę to spisywać. I fotografować.

Nieraz wspomina Pani historię własnej rodziny.

Miałam sześć lat, gdy zmarła moja babcia, Krystyna. Odkąd kojarzę, słyszałam jej opowieści okupacyjne. Chodziłam z babcią za rękę do sklepu, cukierni, kościoła i zawsze coś wtrącała: tu była barykada, tam mury getta, tu mieszkała pani, która straciła w czasie wojny rodziców. Ale to ona decydowała, ile mi opowie. Gdy nagle zmarła, bo to był zawał, zaczęłam wypytywać mamę o szczegóły.

Czego się Pani dowiedziała?

Rodzina mieszkała na Dworskiej, obecnie Kasprzaka, na Woli. Gdy wybuchła wojna babcia miała 15 lat, była w pełni świadomym człowiekiem. Miała braci i siostrę, brat był w Związku Walki Zbrojnej. Gdy jej siostra w 1941 urodziła córkę, cała rodzina skupiła się na tym, żeby dziecko nie miało traumy wojennej. Każdy, z kim rozmawiałam, ucinał jednak opowieść w momencie, gdy dochodzili do wybuchu powstania. Nie rozumiałam tego, bo sądziłam, że skoro nie walczyły, były cywilami, powinno im być lżej.

Dowiedziałam się, że przeżyły Powstanie przy ul. Bema, a to było epicentrum najgorszego horroru, rzezi Woli. Dopiero z książki Piotra Gursztyna „Rzeź Woli. Zbrodnia nierozliczona” dowiedziałam się, co się działo tu i na ul. Wolskiej. Trudno uwierzyć, że one to przeżyły wraz z trzyletnią dziewczynką. To cud.

Zna Pani jakieś szczegóły z tamtego czasu?

Przez pierwsze trzy doby Niemcy mordowali wszystkich – kobiety, dzieci, starców. W kwartale ulic – Wolska, Górczewska, Bema. Przy Bema 54 kiedyś stał drewniany budynek. Niemcy perfidnie wywiesili na nim flagę Czerwonego Krzyża, przychodzili tam ludzie starsi, kobiety w ciąży, ranni. Niemcy wszystkich zamknęli i spalili żywcem.

Moja babcia mieszkała przy Bema 91 razem z matką, siostrą i jej córeczką. Nie wiem, czy dotrwały do 8 sierpnia, czy między 5 a 8 udało im się zbiec? To tajemnica, którą – mam nadzieję – kiedyś uda mi się rozwikłać. Ciotka, ta trzylatka, ma mgliste wspomnienia – że była jakaś furmanka, którą jechali, że dorośli kazali jej leżeć i być bardzo cicho. Cudem dostały jakieś lekarstwa, żeby dziecko uśpić, żeby nie płakało. Ostatecznie dotarły do Leszna, ale nie był to koniec horroru, ponieważ Niemcy byli w Babicach, Borzęcinie, Zaborowie, sprawdzali wszystkim dokumenty i kto był zameldowany w Warszawie, dostawał od razu strzał w głowę. Jak one się wydostały, kogo przekupiły, kiedy – nie wiem.

To jest trauma, która zamyka ludzi na całe życie?

Myślę, że tak. I dlatego babcia, która rozmawiała o okupacji bez zahamowań, gdy dochodziła do przeżyć w czasie powstania, całkowicie się zamykała.

Dotarły do Leszna i…?

Ukryły się u właściciela małego majątku, i tu zaczął się wątek romantyczny. Właściciel zakochał się w babci, a babcia w nim, później się pobrali. W 1945 wrócili. Dziadek stracił cały majątek, obie strony zostały z niczym, musieli zaczynać od zera. Ale wojnę przeżyły wszystkie dzieci prababci. Najmłodszy brat babci został wywieziony do Dachau i gdy Amerykanie wkroczyli do obozu, ważył 29 kilo i miał być zamordowany. Nie miał sił chodzić, nie mówił. Zaopiekowała się nim pielęgniarka z Czerwonego Krzyża ze Szwecji, która zobaczyła w nim człowieka. Zabrała go do siebie, karmiła go, rehabilitowała. Pobrali się w 1947 r. Był w AK i wiedział, że w Polsce jest niebezpiecznie i nie ma co jechać do kolejnego piekła. Dopiero po upadku komunizmu wrócił do kraju.

Czy to długie milczenie o rzezi na Woli nie było spowodowane traumą? Zaczynają o nim mówić wnuki osób, które przeżyły lub były ofiarą ludobójstwa.

Rozmawiałam kiedyś z panią, która przeżyła. Bardzo nie chciała wracać na Górczewską, ale przydzielili jej tam jakąś klitkę, w której zamieszkała z matką. Wspominała pierwszą noc, gdy już się wprowadziły – one i ocaleńcy – z robót, uciekinierzy, byli więźniowie obozów. To był marzec, kwiecień 1945. Na Wawelberga były trzy kamienice-studnie. Ta kobieta przechodziła obok i patrzyła w okna mieszkań – paliło się w nich światło, bo ludzie nie byli w stanie zasnąć. A nie mogli zasnąć, bo się bali, że przyjdą Niemcy. Całe grupy wystawały na klatkach, paliły papierosy. Nikt im nie pomógł, żaden psycholog.

Jak Pani przeżywa to dziedzictwo?

Po lekturze książki Gursztyna, którą czytałam na raty, bo było to zbyt duże zagęszczenie horroru, zaczęłam chodzić po moich okolicach, znając już historię. Bo urodziłam się w Szpitalu Wolskim, tu się wychowałam. Ale gdy widzę lokatorów mojej kamienicy, którzy to przeżyli i są ludźmi pogodnymi tak jak babcia, to mnie to „kopie w potylicę”.

Ta Wola zawsze już we mnie będzie. Od momentu, gdy poznałam najdokładniejsze detale, do których mogłam dotrzeć, to we mnie tkwi. I dziwię się, że po tym wszystkim ludzie byli w stanie rodzić dzieci, uśmiechać się, rozmawiać. Nie znamy swoich możliwości, ile jesteśmy w stanie wziąć „na klatę”. Połowa tego, co moja babcia przeżyła, byłaby dla mnie zbyt wielkim obciążeniem. A jednak potrafiła urodzić i wychować dzieci, była wspaniałą kobietą, nie zamęczała martyrologią swojej rodziny, tylko opowiadała to w taki sposób, żeby później jej wnuczka próbowała dochodzić całokształtu na własną rękę.

Chodzi Pani po mieście i szuka jego resztek. To jest Pani odpowiedź?

To jest odpowiedź dla ludzi, którzy tu są, ale funkcjonują tak, jakby chcieli przeprosić, że tu mieszkają. Krąży opinia, że betonowa dziś Warszawa skończyła się w 1939 r. i nie ma nic do zaoferowania. Pewnie, że to nie Toruń czy Wenecja. Mówią o niej: Radom Europy.

Oczywiście, 30 proc. uległo zniszczeniu, dalsze 20 proc. zostało „dobite” po wojnie. Ale są miejsca, gdzie czas się zatrzymał. Taka Praga Północ. Albo ile miejsc w Śródmieściu nie zostało nawet tkniętych pędzlem malarzy pokojowych od wybuchu wojny.

Duchy Warszawy. Spieszmy się dokumentować ludzi i domy, tak szybko odchodzą?

Chodziłam do liceum im. „Batalionu Zośka”, spotykaliśmy się z powstańcami, ale nie docierało do mnie, że ci ludzie nie są wieczni. Miałam 15-16 lat, wydawało mi się, że są bez „daty ważności”. Tak samo jest z miejscami, one też mają swoją „datę przydatności”.

Władze Warszawy od końca wojny godziły się na to, że kamienice, które przetrwały, znikną z powierzchni ziemi. Żeby wybudować Pałac Kultury, trzeba było wyburzyć 160 kamienic. Przegapiłam sporo kamienic, które mijałam, a potem widziałam ich gruzy. Chodziłam po nich, próbowałam sobie rozrysować w oczach, uzmysłowić, jak mogło to wyglądać w czasie wojny. Robiłam to dla siebie.

A potem chciałam pokazać także innym – tym, co spacerują po Łazienkach, Starówce, Wilanowie – że Warszawa jest miastem ukrytym, ma drugie oblicze, trzeba to odkryć. Ono jeszcze oddycha, ale coraz słabiej, za 10 lat kamienice w modnych okolicach zostaną zburzone, ponieważ grunty są tyle warte, że nikt nie będzie się cackał, wyłączą gaz, wykwaterują ludzi, powstanie apartamentowiec.

Jak reagują ludzie, którzy czytają Pani blog?

Żałobą. Opłakują je. Wrócili do Warszawy, na kupę gruzów. Dostali mieszkania zastępcze, ale czuli się związani z domami, w których kiedyś mieszkali. Bolało ich to. I mnie też zaczęło boleć. Pisałam. Fotografowałam. Zaczęłam chodzić po kanałach. Nie zmieniły się od czasów Lindleya. Ludzie w czasie powstania czołgali się, przechodzili kilka kilometrów w odchodach, żeby przeżyć – oni i ich dzieci. To miara człowieczeństwa. Oprócz kamienic są ludzie, którzy mają potrzebę opowiedzenia o tym, co przeżyli.

Udostępnij
Komentuj
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail