separateurCreated with Sketch.

Matka Boleściwa – o Mariannie Kolbe z innej perspektywy

whatsappfacebooktwitter-xemailnative
Alina Petrowa-Wasilewicz - publikacja 19.08.16 - aktualizacja 11.08.25
whatsappfacebooktwitter-xemailnative
Marianna Kolbe – apodyktyczna, być może przesadnie pobożna i dziecinna – przeżyła jednak swoje oczyszczenie. Pod koniec życia nie bez powodu podpisywała się jako „Matka Boleściwa”.

Niedawno na naszym portalu ukazał się tekst „Marianna Kolbe – nieidealna matka świętego. Postać matki św. Maksymiliana nieco inaczej widzi i ocenia Alina Petrowa-Wasilewicz. Zapraszamy do lektury! – redakcja.

Córka swoich czasów

Kim była matka św. Maksymiliana? Natalia Budzyńska, autorka książki „Matka męczennika” z wielkim pietyzmem zebrała fragmenty życia kobiety, która nie stała wysoko w hierarchii społecznej – była córką i żoną tkaczy.

Marianna Dąbrowska urodziła się w 1870 r. jako dziesiąte dziecko w rodzinie. Od wczesnego dzieciństwa była bardzo religijna i marzyła o życiu zakonnym, ale ubóstwo wykluczało pójście do klasztoru – rodzina nie byłaby w stanie zapewnić jej wymaganego w tamtych czasach posagu. Wyszła więc za mąż, choć – jak z perspektywy starości wyznała – "Ja jednak zawsze czułam się niezdolną być dobrą żoną i matką".

Książka Budzyńskiej pokazuje przedsoborową pobożność Marianny, która realizowała ówczesne nauczanie Kościoła. Nie zaakceptowała do końca swojego świeckiego powołania, w jej czasach życie małżeńskie nie było uznawane za doskonałą drogę do świętości. Była rozdarta i niespełniona, być może pierworodny Franciszek miał zrealizować jej niespełnione marzenie o zakonie i dlatego został przez nią przeznaczony „na księdza”.

W jej czasach powszechnie uznawano, że to rodzice mają układać ścieżki życiowe swych dzieci. I Marianna układała te ścieżki – wszyscy synowie, trzymani przez nią mocną ręką, pod kloszem, w izolacji od złych wpływów świata, poszli do seminarium, ale właśnie ten przeznaczony „na księdza” poszedł z zakonu i założył rodzinę, z czym trudno było się jej pogodzić. To jej młodsi synowie wstąpili do zakonu franciszkanów, inaczej niż planowała.

Z małżeństwa do zakonu

Ta mocna, dominująca matka, gdy miała ponad czterdzieści lat, zaproponowała mężowi białe małżeństwo, potem rozejście się i rozpoczęcie życia zakonnego na własną rękę. Ze względu na wiek nie została przyjęta do żadnej wspólnoty zakonnej, ostatecznie przyjęły ją siostry felicjanki na Smoleńsku w Krakowie.

W klasztorze była wielofunkcyjną „panią na posyłki” – cenioną i zaufaną furtianką, kurierem, zaopatrzeniowcem. Była nie tylko ukrytym mechanizmem, ułatwiającym bezkolizyjne funkcjonowanie klasztoru, ale z własnej inicjatywy pomagała ubogim, doradzała nowicjuszkom, w czasie okupacji opiekowała się uchodźcami i ukrywającymi się w klasztorze księżmi, w tym poszukiwanym przez gestapo założycielem Towarzystwa Chrystusowego, ks. Posadzym.

Modliła się całymi dniami, realizując ideał franciszkański – była w Trzecim Zakonie św. Franciszka, wraz z mężem wyrzekła się części spadku, później żyła w klasztorze i była osobą pozbawioną majątku.

Jednej rzeczy się nie wyzbyła – dumy z synów – franciszkanów i ich działalności na polu mediów katolickich. Rozprowadzała w Krakowie „Rycerza Niepokalanej” i, jak pisze autorka, była chodzącą reklamą czasopisma.

Dysfunkcyjna rodzina

Czy była dewotką? Trudno określić, gdyż normy, w których przekracza się linię zdrowej pobożności są płynne, a ona nie zaniedbywała obowiązków stanu, sumiennie je wypełniając. 

Jej mąż nie odnalazł się dobrze w nowych warunkach, jak wynika z książki Budzyńskiej. Autorka jest zdania, że rozejście się małżonków było pierwszym ogniwem w łańcuchu destabilizacji i niepewności, która doprowadziła do katastrofy życiowej kolejne pokolenia – wnuczka Marianny się rozwiodła, zaś jej córka, prawnuczka Marianny, nałogowa alkoholiczka i narkomanka, zmarła w wieku 47 lat.

Zdaniem Budzyńskiej stało się tak, gdyż odziedziczyła rodzinną dysfunkcję, czyli brak poczucia stabilizacji, oparcia i odrzucenia. Teza trudna do obronienia, gdyż pomija fakt, że każda osoba ma także wolną wolę, nie jest zaś mechaniczną sumą decyzji przodków.

Matka Boleściwa

Ta apodyktyczna Marianna, być może przesadnie pobożna i dziecinna, przeżyła swoje oczyszczenie. Pod koniec życia identyfikowała się i podpisywała jako „Matka Boleściwa”. Miała powody, by tak siebie postrzegać – nie tylko nic nie posiadała, ale też straciła wszystkich bliskich. Mąż Juliusz zaginął bez śladu w czasie I wojny światowej. Jej najmłodszy syn Józef, w zakonie o. Alfons, zmarł przed wojną na perforację wyrostka robaczkowego. Rajmund – Maksymilian, był męczennikiem Auschwitz. Pierworodny, Franciszek, także był męczennikiem – trafił do Auschwitz po ciężkich torturach, zginął zaś w KL Mittelblau, kolejnym obozie, do którego został zesłany za działalność w AK.

Śmierć Rajmunda-Maksymiliana była dla niej strasznym ciosem, choć pocieszała się wizją otrzymania dwóch koron, w tym męczeńskiej, o której jej opowiedział jako dziecko, twierdziła więc, że była na to „przygotowana, podobnie jak Matka Boża po proroctwie Symeona”. Była z Maksymilianem związana duchowo, a w sierpniu 1941 r. widziała go ubranego w habit i słyszała jego zapewnienie, że jest bardzo szczęśliwy.

Pod koniec życia czytała „Dzieje duszy” św. Teresy z Lisieux. Odkryła, że „wielkość w swym maleństwie zawiera”. Był to kres duchowego dojrzewania silnej kobiety, matki męczennika, która zmarła w Wielkim Poście 1946 r. „Mój syn! Mój syn!” – to były jej ostatnie słowa.

Newsletter

Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail.