Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Prosimy, pomóż nam ocalić w naszych braciach nadzieję. Złóż deklarację
Aleteia

Szymon Majewski: Powrót z wakacji ‘77

Udostępnij

Jak teraz wracam z wakacji nad morzem, autem, z walizkami, pakując się wcześniej może dwie godziny, to przypominam sobie powroty z wakacji, gdy jeździłem z dziadkiem na Zwolaki nad rzekę Tanew.

Powrót z dwutygodniowych wakacji w pensjonacie, gdzie wszystko ci podają pod nos, to nic w porównaniu z powrotem z wakacji w latach osiemdziesiątych, kiedy to jeździłem z dziadkiem na dwa i pół miesiąca!

Taki powrót to była operacja „Pustynna Burza”. Zaczynała się dwa tygodnie przed wyjazdem. Dziadek najpierw zarządzał pakowanie… garnków! Tak, na wieś woziło się własne garnki, patelnie i talerze. Owijaliśmy je najpierw w koce, pakowaliśmy w szary papier, potem wiązaliśmy je najmocniejszymi sznurkami.

Z tak przygotowanymi czterema paczkami jechało się rowerami na pocztę do Ulanowa i wysyłało do Warszawy. Graty szły prawie trzy tygodnie!

 

Tylko dziadek znał realia PRL, potrafił tak wysłać naczynia, że były dzień po tym, jak wracaliśmy do Warszawy. Chyba, że nie były. Jedna z paczek nie doszła, więc po czterdziestu latach nie ma co się jej spodziewać, nasze talerze do dziś krążą gdzieś w przestrzeni gastronomicznej naszego kraju.

Kiedy pierwszy etap był za nami, braliśmy się za kolejny, ten etap stanowiło zabezpieczenie czterech kubłów z malinami. Tak! Każdy zawierał maliny zasypane cukrem, z których zimą Szymuś miał pić pyszny sok trzymający go z dala od przeziębień. Zabezpieczenie kubłów to była specjalność dziadka. Owijał je specjalną folią, potem znowu kocami i na koniec mocnym drutem – nie miało prawa nic się wylać!

Gdy nadchodził dzień wyjazdu każdy miał swoje zadanie, mój starszy brat cioteczny Paweł ogarniał rowery, ja swój bagaż i rower, dziadek – dwa kubły, wujek – dwa plus część bagażu, moja mama – suczkę Muszkę.

Rano podjeżdżał żuk, zamówiony tydzień wcześniej na wsi, wiózł nas do Stalowej Woli, tam czekaliśmy na pociąg. Gdy nadjeżdżał, dziadek z wujkiem lecieli zajmować miejsca, ja z bratem lecieliśmy do wagonu pocztowego, żeby nadać rowery do Warszawy, a suczka Muszka szczekała. Mama stała na peronie z psem i czterema kubłami malin. Gdy dziadek i wujek zajęli miejsca, rozdzielali się, dziadek leciał po nas do pocztowego, żeby pomóc w nadawaniu, wujek brał mamę i dwa kubły, potem my wracając, braliśmy resztę.

 

I tak jechaliśmy do Warszawy, w przedziale drugiej klasy byliśmy my, cztery kubły malin, pies i dziesięć tobołków. Pachniało grzybami suszonymi i wiejską kiełbasą, nie można było wrócić z pustymi rękami.

Jadąc do Warszawy, z wypiekami słuchaliśmy opowieści dziadka, jak to ciężko się podróżowało tuż po wojnie…

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail

Miliony czytelników z całego świata – a wiele tysięcy z nich to chrześcijanie z Bliskiego Wschodu – szukają na Aletei inspiracji, informacji i nadziei. Prosimy, wesprzyj nawet niewielką kwotą arabską edycję naszego portalu.