Aleteia

Śpiewać każdy może… Ale fałszować to już trzeba umieć

Kadr z filmu
Udostępnij

Najgorsza śpiewaczka świata, która nagrywa płyty i występuje w prestiżowych miejscach, jak Carnegie Hall. To niemożliwe? A jednak – historia Florence Foster Jenkins wydarzyła się naprawdę.

A teraz możemy oglądać ją na wielkim ekranie w filmie Stephena Frearsa „Boska Florence” z doskonałą Meryl Streep w roli głównej. Ponoć najlepsze scenariusze pisze samo życie. I tak jest w przypadku Florence, której historia wydaje się wprost niewiarygodna. Bo jak to możliwe, że kobieta, która za grosz nie ma słuchu, staje się jedną z najpopularniejszych śpiewaczek operowych lat ’40? Gdyby scenariusz filmu „Boska…” był czystą fikcją, powiedzielibyśmy, że jest po prostu marny. Ale ta historia wydarzyła się naprawdę!

Florence przychodzi na świat w 1968 w Pensylwanii w obrzydliwie bogatej rodzinie. Jako kilkulatka rozpoczyna naukę gry na fortepianie, bo każde dziecko z dobrego domu powinno grać na jakimś instrumencie. Ale dziewczynka szybko odkrywa w sobie muzyczne pasje. Chce nawet wyjechać do Europy, by rozwijać się w tym kierunku, ale ojciec nie godzi się na takie fanaberie. Co więcej, grozi, że wykluczy Florence z testamentu, jeśli ta sprzeciwi się jego woli (czyli nie znajdzie sobie bogatego męża). Rezolutna dziewczyna ucieka z domu i wychodzi za mąż za znacznie starszego od niej lekarza Franka Thorntona Jenkinsa. Małżeństwo nie trwa jednak długo, ale za to były mąż zostawia Florence specyficzną „pamiątkę” – zaraża ją syfilisem, którego powikłania dokuczają jej niemal całe życie (nie może np. mieć dzieci).

Kobieta pracuje jako nauczycielka gry na fortepianie. Pieniądze z tego niewielkie, ale przynajmniej ma kontakt z ukochaną muzyką, która – jak wielokrotnie powtarza – jest przecież najważniejsza. Wkrótce jednak umiera ojciec Florence, a jej życie wchodzi na nowe tory.

Występy nie dla ignorantów

Wbrew wcześniejszym zapowiedziom, Florence dostaje wielki spadek, który umożliwia jej realizację odkładanych marzeń o karierze muzycznej. Zaczyna pobierać lekcje śpiewu u najlepszych nauczycieli. Zakłada też Klub Verdiego, w którym występuje z recitalami. Jej śpiew jest, delikatnie mówiąc, pełen fałszu. Ma złą dykcję, nie trafia w tonację. Co zatem sprawia, że na widowni nie ma pustych miejsc, kiedy występuje?

Członkami klubu, który sponsoruje, są starannie dobierani przez nią samą „miłośnicy muzyki”. Dlatego na jej występach nie ma miejsca dla „ignorantów” (jak nazywa tych, którzy nie poznali się na jej „talencie”). Publiczność to w większości życzliwi Florence przyjaciele, którzy – choć słyszą fałszowanie – nie chcą sprawić jej przykrości. A nawet, gdyby chcieli powiedzieć jej kilka gorzkich słów prawdy, niczego by to zmieniło.

Florence jest bowiem pewna swojego talentu. Uważa, że śpiewa niezwykle rzadkim sopranem koloraturowym i porównuje się do znanych sopranistek Friedy Hempel oraz Luisy Tetrazzini. Nie słyszy swoich fałszów, jest przekonana, że brzmi nieskazitelnie. A w przekonaniu tym Florence utwierdzają pozytywne recenzje występów. Jak to możliwe? Pieniądze otwierają wiele drzwi. St. Claire Bayfield, życiowy partner, a także menadżer „najgorszej śpiewaczki świata” dba, by obecni na popisach Florence dziennikarze otrzymali podarunek (najczęściej wypchaną banknotami kopertę), który pozwoli im przymknąć oko na koszmarne zdolności rytmiczno-wokalne. Albo puścić je do czytelników, pisząc ironiczną recenzję.

Przynajmniej śpiewałam

Inna sprawa, że Florence wkłada w występy serce, śpiewa całą sobą. Jest niezwykle szczera i autentyczna, a sama możliwość wystąpienia przed publicznością sprawia jej ogromną radość. Widzowie, a także krytycy, umieją dostrzec ten dziecięcy błysk w oku, jaki pojawia się w momencie wejścia śpiewaczki na scenę. I doceniają go. Występy Florence, choć pełne pisków, kiczowatych strojów, które sama projektuje i teatralnych póz, przypominające raczej satyryczne popisy niż poważną sztukę wywołują uśmiech na twarzach publiczności. I o to właśnie chodzi.

Czy dają radość samej Florence? Oczywiście, że tak! W końcu spełnia swoje marzenia. Śpiewa i daje występy w prestiżowych miejscach. Naturalnie, może tu pojawić się pytanie, czy nasze marzenia mamy realizować za wszelką cenę. I czy ta cena, w postaci np. kupowania recenzji czy widzów, nie jest zbyt wysoka.

Być może odpowiedzielibyśmy na to pytanie twierdząco, gdyby Florence rzeczywiście była nadętą snobką, ekscentryczką, która wymyśliła sobie, że potrafi śpiewać i udaje, że nie widzi krytyki. Ale ona naprawdę wierzy w to, że umie śpiewać! I, co  ciekawe, zdaje sobie sprawę z tego, że niekoniecznie robi to najlepiej. Ale to robi. „Ludzie mogą mówić, że nie potrafię śpiewać, ale nie powiedzą, że nie śpiewałam” – mawia. Rób to, co robisz najlepiej, jak potrafisz, a resztą się nie przejmuj. To jest właśnie klucz do sukcesu Florence Foster Jenkins.

Spełniać marzenia

Historia Florence każe postawić jeszcze jedno pytanie – ile jesteśmy w stanie zrobić z miłości do drugiej osoby. I czy to, co robimy, przypadkiem nie przynosi więcej szkody, niż pożytku? St. Clairowi oraz najbliższym Florence zarzucano, że ją oszukują – zatajają krytykę, a w dodatku utwierdzają ją w przekonaniu o talencie, a przez to narażają na śmieszność.

Mówi się jednak, że z miłości można komuś uchylić nieba. Dla Florence tym kawałkiem nieba na ziemi była estrada. St. Claire robił więc wszystko, by jego partnerka była szczęśliwa. I znowu – można zarzucić, że przecież za wszystkim stały wielkie pieniądze. Jemu zależało na jej majątku, którym płacił za ekscesy Jenkins. Mnie to jednak nie przekonuje.

Bayfield jest z Florence do końca (choć specyficzny to związek). W jakimś sensie poświęca dla niej swoją karierę aktorską (chociaż taki był z niego aktor, jak z niej śpiewaczka). Pomysły kobiety wymagają od niego nie lada kombinatoryki, ale on staje na rzęsach, aby Florence – w końcu już starzejąca się i słabnąca – była szczęśliwa. W gruncie rzeczy, czy nie żyjemy po to, aby spełniać marzenia – swoje i swoich bliskich?

Umrę szczęśliwa  

Florence Foster Jenkins umiera miesiąc po swoim najsłynniejszym występie w prestiżowej Carnegie Hall na zawał serca. Ponoć przybija ją krytyka (zdaje sobie sprawę, że publiczność ją wyśmiewała). Według innych, nie poradziła sobie z wysiłkiem i emocjami związanymi z występem. Jedno jest pewne – odchodzi spełniona. W końcu przed występem mówi martwiącemu się o jej kondycję zdrowotną St. Clairowi, że „przynajmniej umrze szczęśliwa”.

*Korzystałam z: K. Barzowski, Boski fałsz. Prawdziwa historia Florence Foster Jenkins – najgorszej śpiewaczki świata (Film.onet.pl), O. Wiechnik, Najgorsza śpiewaczka (Twój Styl), artykułu w Wikipedii oraz filmu „Boska Florence”