Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Adam, bezdomny z Krakowa. Fragment niezwykłej książki „Różnica”

Udostępnij

Ja mam swoje zasady, nie chodzę pijany na zupę do sióstr. Jeżeli cię stać na picie, to stać cię też na zupę w barze – mówi Adam.

Nazywam się Adam Łukasik, pochodzę z Radomska. To jest między Częstochową a Piotrkowem Trybunalskim.

Od 1987 roku jestem w Krakowie. Będąc w wojsku, poznałem piękną panienkę i tu zostałem. Żyliśmy w konkubinacie przez sześć lat, wynajmowaliśmy mieszkanie na Kurdwanowie. Rozstaliśmy się, bo każdy z nas miał inny pomysł na życie. Najbliższej rodziny nie miałem, bo rodzice zginęli w wypadku samochodowym, zostałem sam z siostrą. Wychowywał nas potem wujek z ciocią. Niczego mi nie brakowało, ale byłem strasznym łobuziakiem, opamiętałem się dopiero w technikum. Tato był kierowcą, wujek też, zawsze mnie to interesowało, więc poszedłem na mechanika.

W 1987 roku trafiłem do więzienia – spowodowałem po pijaku wypadek i dożywotnio zabrali mi prawo jazdy. Wracając z zabawy zabiłem dwie kobiety. Siedziałem 12 lat, straciłem wszystko – kontakt z rodziną, ze znajomymi. Po wsi się rozeszło, że jestem zabójcą. 

W więzieniu pracowałem w kuchni, miałem kurs, bo zrobiłem, będąc jeszcze w wojsku. Współwięźniowie najbardziej narzekają na małe porcje. Jadłospisy są tak ustalone, że waży się w żywym towarze, a nie w docelowym. I dlatego z 10 dag kotleta, po zmieleniu i upieczeniu zostaje osiem i pół. Stąd te rozbieżności, ale wszystko trzeba było liczyć, więc nie było rady.

Dostałem możliwość wyjścia warunkowego, za dobre w sprawowanie, ale zrezygnowałem. Polega to na tym, że owszem, wychodzi się wcześniej, ale jeszcze ma się kuratora na pięć lat. To wolałem odsiedzieć te dwa lata, które mi zostały.

Pamiętam, że jak wychodziłem, to szef kuchni odprowadził mnie na pociąg do Krakowa. Wcześniej jeszcze poszliśmy się napić do restauracji w Wadowicach (bo tam kończyłem odsiadkę). Jechałem do Krakowa, bo znałem tutaj jeszcze kilku ludzi. Nie wychodziłem całkiem „goły”, za lata pracy dostałem wyprawkę, zarabiałem 50 proc. średniej krajowej, czyli na nowe pieniądze jakieś 400 zł miesięcznie. Miałem ze sobą jakieś 70 tysięcy.

Dojechałem do Krakowa i tak chodziłem w poszukiwaniu przyjaciół do picia. Mogłem wynająć jakieś mieszkanie, ale jak człowiek jest sam, to inaczej myśli. Jak ktoś wychodzi i ma rodzinę, to idzie do nich, wraca do życia. A ja nie miałem nikogo. Ja się chciałem napić, znaleźć przyjaciela i tyle. Zresztą znalazłem z kolegą działkę i tam mieszkaliśmy. Myślało się tylko o tym, żeby zapić smutki. Żyje się z dnia na dzień, czasem się złapie jakąś pracę.

Mieszkaliśmy w kilku na tej działce, w końcu dostaliśmy ją na własność. Mieliśmy pieska z opieki, węgiel dostawaliśmy na zimę. Nie piliśmy codziennie, bo niektórzy chodzili do pracy. Nie powiem, że była sielanka, ale takie normalne życie, a nie jakieś kluby.

Też mi się zdarza, że czasem proszę o jedzenie, ale to tylko wtedy, kiedy już mnie bardzo głód przyciśnie, a wszystkie stołówki są pozamykane. Nie mam jakiś wymagań, jak proszę, to o chleb i cokolwiek do tego chleba, mówię, że najtańsze, byle by coś było. Nie jestem taki, że jak ktoś mi da pięć czy dziesięć złotych, to od razu biegnę po spirytus czy denaturat. Wolę pozbierać butelki czy puszki, mam wtedy na jakąś zupę w barze i czasem coś zostanie.

Jeżeli chodzi o jakieś trudne sytuacje, to ostatnio spotkałem takich trzech małolatów i mnie pobili. Chcieli papierosy, nie miałem i za to. Jeden uderzył mnie butelką pod okiem, dalej mam ślady. Obronili mnie ochroniarze z hostelu na Warszawskiej. Zadzwonili po pogotowie, ale mnie nie szyli, tylko dali jakąś maść. Leżałem cztery dni na Kopernika.

A wcześniej to jeszcze dostałem od innych bezdomnych. Bo bezdomni też są podzieleni – „łaziory” są na dole, „giganci” na środkowej półce, a ci najwyżsi wędkują na Grodzkiej i Szewskiej. Ja tam dla nich jestem normalnym człowiekiem. Wolę pozbierać butelki, niż stać z jakąś kartką, że zbieram na piwo.

Strony: 1 2

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail