Aleteia

Terapeuta z zespołem (Downa)

Janey/Flickr
Udostępnij

„Nie bój się!” powiedział pięcioletni Witek do Jaśka, swojego kolegi z grupy. Jasio był trochę starszy. Miał czterdzieści pięć lat.

Taką scenę widziałem kilkanaście lat temu. Zaczynałem studia i mały Witek był moim podopiecznym. Podobno miał autyzm, chociaż jego zachowania nieszczególnie na to wskazywały. Był niziutkim, drobnym blondynkiem. Wszędzie było go pełno.

Jasiu ważył dobre sto pięćdziesiąt kilo. I często mówił „Booooje się”. Witek, kilka razy od niego młodszy i mniejszy, zawsze pojawiał się, kiedy lęki dopadały jego wielkiego kolegę. Łapał go za wielkie ręce i mówił „Jeśtem z Tobą!” Co się z nimi dzieje teraz? Nie wiem. Wiem jednak, że zdarzenie to uświadomiło mi kilka rzeczy.

Łatwiejsze do kochania

Jakie są dzieci intelektualnie niepełnosprawne, upośledzone umysłowo? To proste. Są naturalne. Prof. Antoni Kępiński wskazywał swoim uczniom oraz czytelnikom jego książek, że w naszych relacjach możemy zrobić tylko dwie rzeczy: zbliżyć się do siebie albo oddalić.

Drugi scenariusz spowodowany jest najczęściej zakładaniem dwóch rodzajów masek. Pragniemy być ekspertami: wiemy, rozumiemy i działamy. Chcemy być ponadto sędziami: mamy władzę, by nazwać rzeczy po imieniu.

Paweł Kukiz w jednym z wywiadów stwierdził, że dzieci z zespołem Downa są „kapitalne, bardzo dobre i kochane”. To całkiem oczywiste dla wielu stwierdzenie uzupełnia prof. Janusz Skalski. Wspomniany krakowski kardiochirurg w książce „Mam odwagę mówić o cudzie” zapewnia, że dzieci te „łatwiej dają się kochać”. A może wszystko wygląda inaczej, może to one łatwiej kochają?

Eksperyment

Gdy studiowałem resocjalizację, mój promotor puścił na seminarium pewien film. Jego bohater, młody cwaniak, został skazany na kilka lat pozbawienia wolności. Należał do jakiegoś gangu. Twardy gość, taki, któremu nikt nie podskoczy. Nagle stał się uczestnikiem eksperymentalnego programu, w którym skazani mieli obowiązek opiekować się niepełnosprawnymi osobami. Jeden na jeden.

Nasz skazany trafił na chłopaka z zespołem Downa. Na początku ewidentnie bał się do niego podejść. Zadziałała stara zasada Kreppelina – lęk wywołał agresję. Pojawiły się wulgaryzmy, postawa „grypsującego cwaniaka”. Po stronie jego „terapeutycznego” partnera także był lęk. Była jednak także podsycana „dziecinną ciekawością” chęć spotkania, nawiązania kontaktu. Skazaniec, co tu dużo mówić, był skazany na kolegę „z dodatkowym chromosomem”. W trakcie kolejnych spotkań musiał jednak nawiązać z nim kontakt, musiał coś mu podać, odpowiedzieć na pytanie, najczęściej całkiem dziecinne.

W trakcie następnych wizyt ewidentnie było widać, że nasz „niepełnosprawny terapeuta” wymusił na koledze zdjęcie wszystkich masek. Kontakt wymagał czegoś naturalnego, zupełnie nieudawanego. Ponownie nie wiem, jak historia ta się kończy. Być może nie było pełnej resocjalizacyjnej odmiany. Myślę jednak, że w „skazanym bohaterze” coś się zmieniło. Mógł przestać udawać. Czy coś w nim zostało „wyleczone”?