Aleteia

Przesłodzeni święci: Faustyna, Franciszek i Teresa od Dzieciątka Jezus

Udostępnij

Nie chodzi o „odbrązawianie” świętych. Ale o to, by odkryć ich prawdziwy smak. Nie smak lukru, od którego robi się niedobrze, lecz mocny, czasem gorzki smak ich zmagań i porażek.

Wyspa Tyberyjska, malutki bar tuż obok św. Bartłomieja. Jeden z moich ulubionych ze względu na obłędne czekoladowe pączki. Zamawiam espresso, podwójne. Barista podaje kawę, patrzy na mnie uważnie i od niechcenia wykonuje bliżej nieokreślony ruch ręką w stronę saszetek z cukrem i wszelkimi możliwymi słodzikami. Kręcę głową i proszę bez cukru. Wydaje mi się, że dostrzegłem w jego oczach błysk aprobaty.

Następnego dnia moje wątpliwości zostają rozwiane. Zamawiam pączka, podwójne espresso i słyszę radosne: Ah ben, Padre! Senza zucchero!Ojcze! Bez cukru!

Podziwiam jego pamięć, bo miejsce jest często uczęszczane, a ja z pewnością nie jestem jedynym księdzem, który przewinął się przez bar od wczorajszego poranka. Potwierdzam brak zainteresowania cukrem, a barista ewidentnie okazuje mi sympatię z tego właśnie powodu.

To jeden z tych zabieganych. W przelocie, z uśmiechem, w którym prezentuje ósemki, szepcze teatralnie: Zuccherare è un grand’errore, una eresia – Słodzenie kawy to błąd, niemal herezja. Moje poglądy nie są chyba aż tak radykalne, ale grzecznie potakuję. Moja zgoda zostaje wynagrodzona pączkiem przyniesionym z zaplecza, bo te z gablotki rozeszły się już wcześniej. Uwielbiam rzymskich baristów.

Czemu opisuję tę sierpniową scenę sprzed kilku sezonów? Bo teza baristy z Wyspy Tyberyjskiej jest bardzo trafna nie tylko w odniesieniu do kawy. Zresztą, w przypadku kawy jest dyskusyjna. Su takie i su takie. Ale są kwestie poważniejsze.

Na początku października wspominamy troje totalnie przesłodzonych świętych. Najpierw Teresę Martin, która w klasztornym zaciszu stoczyła brutalną walkę z własną niewiarą i wątpliwościami. Nie wahała się pisać: Dręczą mnie myśli najgorszych ateistów. To i wiele innych „gorszących” zdań skwapliwie ocenzurowano, wydając jej dziennik, aż pozostał ociekający lukrem portret grzecznej dziewczynki z różyczkami.

Potem Franciszek ze stadem piesków i kotków. Wykończony fizycznie i psychicznie Franciszek, który Pieśń słoneczną dyktował Klarze leżąc już bez sił i bez wzroku.

I Faustyna, której nawet przeciętną, wiejską urodę podretuszowano na obrazkach do poziomu katolickiej Barbie. Bo przecież święta powinna być taka słodka i śliczna.

O co chodzi? Nie o jakieś „odbrązawianie”, nie o skandale i mrożące krew w żyłach epizody z życia świętych. Ale o to, by odkryć prawdziwy smak. Nie smak lukru, od którego po chwili robi się niedobrze, ale mocny, wyraźny, gorzki nawet smak ich zmagań, porażek. Bo to pomimo nich, a czasem i przez nie Pan działał w ich życiu. Nie słodko-mdlący zapach perfum, ale prawdziwy, pobudzający aromat świętości, który czuć każdego poranka tuż przed wyjściem do codziennej pracy, gdzie znów czeka na nas rozpaczliwie nużące „to samo”.

To w szarym, czasem powikłanym, pokręconym życiu kiełkuje świętość. Między żużlem grzechu i całej naszej biedy. Jak w kubku gorzkiej kawy z fusami, na które trzeba uważać, kryje się wspaniały smak, tak i w nas drzemie smak świętości. Smak Wiecznego Poranka. Nie warto go przesłodzić.