Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

„Wołyń”: z dala od nacjonalistycznych, polityzujących i manipulatorskich interpretacji [recenzja]

Kadr z filmu "Wołyń"
Udostępnij

Dzieło ma oddać atmosferę, pozwolić przeżyć katharsis, a także skanalizować emocje jakie w wielu Polakach drzemią w związku z wołyńską zbrodnią.

Wielki żydowski myśliciel Abraham Joshua Heshel opowiadał o pewnym rabinie, który zmuszony był do pocieszenia człowieka dotkniętego śmiercią najbliższej osoby. Otóż według niego istniały trzy możliwości, aby poradzić sobie z żałobą. Pierwsza z nich to poddanie się, druga to rozpamiętywanie, a trzecia to „przeobrazić” smutek w „pieśń”.

Taką pieśń stworzył Wojciech Smarzowski w filmie „Wołyń”. I trzymajmy się z daleka od nacjonalistycznych, polityzujących i manipulatorskich interpretacji tego filmu.

Temat ludobójstwa na Wołyniu, jak i żałoby po nim, to jedna z tych kwestii, z którą nie potrafiliśmy sobie poradzić od wielu lat. II wojna światowa pozostawiła takich problemów wiele, zarówno w Polsce, jak i w jej bezpośrednim sąsiedztwie. Mnóstwo z nich się zabliźniło, choć trzeba zdać sobie sprawę z tego, że żaden z nich nie zabliźnił się ostatecznie – mimo siedmiu dekad. Widzimy to na przykładzie wielu obecnych problemów w relacjach w naszym regionie. II wojna światowa będzie jeszcze wracać przez wiele lat.

Niemniej – z pewnymi kwestiami jest łatwiej. Nie ma praktycznie takiego aspektu w relacjach polsko-żydowskich czy polsko-niemieckich, który by ukrywano. Żyjące jeszcze ofiary i ich potomkowie maja prawo do żałoby, pomników i opłakiwania. Przez to rany bolą mniej.

Z Wołyniem tak nie było. W okresie PRL wydarzenia z 1943 przemilczano, ale przyznać należy, że robiono tak nie tylko z tą zbrodnią, ale z przytłaczająca większością zdarzeń, jakie przytrafiły się na przejętych przez Związek Radziecki byłych Kresach II RP.

Po 1989 roku sytuacja zmieniła się, ale paradoksalnie zaczęliśmy mieć wtedy z Wołyniem większe problemy niż w czasach, gdy zbywano go milczeniem. Pojednanie Polaków i Ukraińców oraz źle pojęty paternalizm wobec naszych sąsiadów ze strony części polskich elit zepchnęły tematykę zbrodni wołyńskiej na boczny tor oficjalnych rozliczeń z historią. Nie było to oczywiście dowodem istnienia spisku – spraw było więcej, a listę lekko zapomnianych kwestii można mnożyć – są na niej chociażby rzeź na warszawskiej Woli czy wysiedlenia i mordy na ludności Zamojszczyzny.

Pamięć o zbrodni na Wołyniu jednak ewoluowała i zmieniało się też podejście czynników oficjalnych. Już w roku 2003 polsko-ukraińskie uroczystości w Porycku generowały pewne napięcie. Podobnie było dziesięć lat później. Na przełomie roku 2013 i 2014 całość została zmodyfikowana przez Rewolucję Godności i nową retorykę historyczną, jaka pojawiła się po niej na Ukrainie.

Dyskusja o wspólnej historii pomiędzy Polakami i Ukraińcami zrobiła się teraz trudniejsza niż kiedykolwiek – niemniej nie jest to wina Wojciecha Smarzowskiego. Reżyser przystąpił do realizacji filmu już kilka lat temu. Niesprawiedliwie traktują go ci, którzy zarzucają mu mieszanie się do polityki. Manipulacją polityczną byłoby właśnie dostosowanie się filmu do wydarzeń geopolitycznych.

Film Smarzowskiego jest dziełem fabularnym. Opowiada inspirowaną prawdziwymi wydarzeniami historię, która opiera się na faktach, ale nie jest ich dokładnym odbiciem. Reżyser włączył do filmu wiele prawdziwych wydarzeń: prawdziwe jest przedwojenne napięcie między Polakami i Ukraińcami, prawdziwi są emisariusze ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego z Galicji, pycha niektórych z polskich osadników, obrazy z Wojny Obronnej 1939, sceny z życia pod sowiecką i niemiecką okupacją, idealizm Zygmunta Rumla – młodego oficera BCh. Prawdziwe są także sceny zbrodni i dwóch homilii w cerkwi – jedna prowadząca do wybaczenia, a druga do ludobójstwa.

Całość  filmu jest jednak przede wszystkim dziełem artystycznym i tak je należy odbierać. Dzieło ma oddać atmosferę, pozwolić przeżyć katharsis, a także skanalizować emocje, jakie w wielu Polakach drzemią w związku z wołyńską zbrodnią. Po szczegółowe informacje trzeba już sięgnąć dalej.

Ponieważ przeciętnemu obywatelowi zazwyczaj brakuje czasu na lekturę historycznych monografii, „Wołyń” może stać się dla niego źródłem wiedzy o przeszłości. Tak jak dla wielu podstawowym środkiem do zdobycia informacji o Zagładzie jest oglądanie „Listy Schindlera” czy „Pianisty”.

Film Smarzowskiego to także przykład dawno nie widzianego na naszych ekranach kina epickiego oraz potężny i silny powrót tematyki kresowej. Polska obecność na byłych Kresach Wschodnich Rzeczypospolitej to kolejna lekcja, której przez ostatnie dwie dekady nie przepracowaliśmy i próbowaliśmy uniknąć.

„Wołyń” jest przede wszystkim filmem o polskiej żałobie, choć znajduje się tam miejsce na obiektywne spojrzenie na Polaków i nasze przewinienia. Nie jest obowiązkiem polskiego twórcy rozliczanie choćby ukraińskiej czy rosyjskiej przeszłości. Należy mieć za to nadzieję, że pojawią się dobre, ukraińskie filmy historyczne – na razie jest ich niewiele, ale kto wie?

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail