Aleteia

Afgański uchodźca: Największym zagrożeniem jest ignorancja

AP/FOTOLINK
Udostępnij

Żeby dotrzeć do Europy, spędził dwie doby, wisząc pod pokładem ciężarówki. Widział, jak jego przyjaciel tonie w wodach Morza Egejskiego. Teraz napotkanym Europejczykom tłumaczy, że największe zagrożenie dla nas wszystkich to ignorancja.

Kliknij tutaj, by przejrzeć galerię

Tamto letnie przedpołudnie pamiętam jakby było wczoraj. Siedziałam pod kolumną Zygmunta z Dawoodem Yousefim, uchodźcą z Afganistanu, który na prośbę wspólnoty św. Idziego przyjechał do Warszawy, żeby wziąć udział w modlitwie za uchodźców. Powietrze było wilgotne, a wstające dopiero słońce podgrzewało zmoczone deszczem kawałki bruku. Czuło się radość dnia. Rozkoszowaliśmy się nim długo, zanim znaleźliśmy siły, żeby zacząć trudną rozmowę.

Ucieczka z piekła

Ubrany schludnie, raz po raz popijający kawę z porcelanowego kubka Dawood niczym nie przypominał imigranta rysowanego przez wyobraźnie ludzi wierzących w stereotypy. To zamiłowanie do kawy (a pił jej już tego dnia trzecią filiżankę) nie było zresztą przypadkowe. Dawood od 13 lat mieszkał w Rzymie, twierdził, że czuje się Włochem. Rozmawialiśmy więc po włosku, bo trudno było o język, w którym mógłby czuć się aż tak swobodnie.

Patrząc na jego spokój, wyczuwając optymizm, trudno było uwierzyć, że przeżył aż tak wiele. On zresztą sam niechętnie wspominał o tym, co złe. Bałam się zadawać pytania, bo gdy próbował na nie odpowiadać, łamał mu się głos. Potem natychmiast skłaniał mnie, żebyśmy pchnęli rozmowę w inną stronę.

Kiedy miał osiemnaście lat postanowił uciec z Afganistanu i gdzie indziej szukać szczęśliwego życia. Tam, gdzie mieszkał, był prześladowany przez Talibów, którym nie podobało się, że pracował w Czerwonym Krzyżu i był przedstawicielem mniejszości szyickiej. Rodzice poparli jego decyzję, razem z Dawoodem opłacili przemytników, którzy mieli go wywieźć poza granice. Obiecali sobie, że jeszcze się spotkają.

Wielkie ryzyko 

Razem z Dawoodem wyruszyło 150 Afgańczyków, w tym czterech przyjaciół, z których nie wszyscy dotarli na miejsce. „Ta podróż to było wielkie ryzyko” – relacjonuje Dawood. „Nikt nie wyruszał w nią, bo miał kaprys, żeby zacząć lepsze życie. Tam, żeby je ocalić, całkowicie trzeba było je zaryzykować. Można było zginąć właściwie w każdym jej momencie. Na granicy, gdy przeszukiwano samochody, strzelano. Płynąć przez morze można było wypaść z pontonu, wcześniej wpaść pod koła ciężarówki, kiedy wisiało się pod jej brzuchem” – dodaje.

To nie żart. Po przekroczeniu granicy Dawood szedł z przemytnikami przez pustynie, lasy i góry. Nie zawsze było co jeść i pić. Ukryte jednak wokół miny i leżące ludzkie szczątki motywowały, żeby iść przed siebie. Potem wraz z kolegami spędził dwa dni w pontonie płynąc z Turcji do Grecji, gdzie jeden z nich utonął, a Dawood nie mógł mu nawet pomóc. On sam ocalał tylko dlatego, że ze wzburzonego morza udało się wysłać SMS do portu, a Grecy, którzy ściągnęli jego ponton na brzeg, nie zgłosili nigdzie, że jest nielegalnym imigrantem. Potem przez niemal dwie doby wisiał pod pokładem ciężarówki, która wwiozła go na statek płynący do Włoch. Gdyby schował się w samochodzie, nie udałoby mu się ukryć na dłużej. Jedynie siłą mięśni utrzymywał się więc pod samochodem, bo gdyby spadł, natychmiast by zginął. W ten sposób Dawood trafił do Bari (stolicy włoskiego regionu Apulia), a stamtąd pojechał już prosto do Rzymu.

W Rzymie został na zawsze, bo nie miał pieniędzy, żeby jechać z kolegami do Niemiec. Zanim jednak się tu odnalazł, spędził trzy miesiące z bezdomnymi na ulicy. Szczęście uśmiechnęło się do niego, kiedy przygarnęła go tutejsza katolicka wspólnota. Ani wspólnocie, ani Dawoodowi nie przeszkadzało, że ten jest muzułmaninem i że nie zamierza tego zmieniać. Pomogli mu zdobyć pozwolenie na pobyt i zrobić kursy pedagogiczne. Teraz Dawood pracuje w publicznej szkole, dając lekcję niepełnosprawnym dzieciom.

Jezus? Był uchodźcą, jak ja

Na ściągnięcie rodziny do Europy Dawood na razie nie ma szans, bo załatwienie tego oficjalną drogą wymaga spełnienia, póki co, nieosiągalnych dla niego warunków. Zapytany jednak o to, czego boi się w życiu, mówi, że właśnie tego. Że nigdy nie zobaczy już rodziców i brata.

Słysząc o europejskim strachu wobec uchodźców, wzburza się. „Wiesz, jedyne, czego powinniśmy się bać ze strony ludzi, to ignorancja. Ona jest najgorsza. Po pierwsze: bo kiedy będziesz cierpieć i wołać o pomoc, nikt cię nie zauważy. Po drugie: bo przez własną ignorancję, tworząc stereotypy, wierząc w swoje wyobrażenia o czymś i jednocześnie nie mając o tym wiedzy, wdajesz się w konflikty. I tworzysz zło, które nie tylko szkodzi innym, ale i odwraca się przeciwko tobie” – mówi.

„Miałem ogromnie dużo szczęścia, że udało mi się przed tymi stereotypami uciec. Że jako muzułmanin mogę funkcjonować z katolikami i osiągać z nimi te same cele. Że nikt nigdy nie zmuszał mnie do zmiany wyznania. Nikt nie kazał mi się do nikogo upodabniać, żebym mógł zostać jego przyjacielem. To wspaniałe, że miałem okazję doświadczyć wiary katolickiej takiej, jaka ona jest w założeniu. Bo ani w niej, ani w islamie nie ma miejsca na dyskryminację w imię fanatyzmu. Przecież wszystkie religie skupiają się wokół pokoju. Nie akceptują przemocy, wskazują pomoc drugiemu człowiekowi jako coś najważniejszego. Nie jest to dla mnie nic obraźliwego, kiedy idę do kościoła z katolicką wspólnotą” – śmieje się. „Przeciwnie. Szanuję ich miłość dla Jezusa, który przecież był uchodźcą – tak samo jak ja”.