Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Po meczu z Armenią: sport nadal może być piękną przygodą

Udostępnij

Bardziej zbliżone do niegdysiejszej idei olimpijskiej stają się ostatnio igrzyska paraolimpijskie, bo więcej w nich amatorstwa i bezinteresownej pasji uczestników.

Na pierwszy rzut oka kibica sytuacja wygląda niedobrze. Mamy problem z Zakaukaziem i szerzej z Azją. Reprezentacja Polski cudem wygrała z niżej notowaną reprezentacją Armenii – po meczu na własnym boisku, w którym grała z przewagą jednego zawodnika. Rumunia, gorsza od Polski w rankingu FIFA, wygrała kilka dni wcześniej z tą samą Armenią aż 5:0. A wszystko to niedługo po meczu zremisowanym przez Polskę z nisko notowanym Kazachstanem. Już tamten marny dla Polski wynik wprawił w osłupienie kibiców.

Mniejsza o kibiców – oni niesłusznie są traktowani tylko jako lud żądny igrzysk i przynoszący ewentualne dochody. Prawdziwy kłopot mają liczni zawodowi specjaliści od piłki nożnej. Wygląda na to, że nadal „piłka jest okrągła, a bramki są dwie” – jak mawiał poeta footballu, niezapomniany Kazimierz Górski w dawnych czasach, gdy piłka nożna chciała mieć jeszcze coś wspólnego z poezją.

Co z tym zrobić? Przecież miało być inaczej, zgodnie z uczonymi zapowiedziami komentatorów i analityków notowań oraz z oczekiwaniami pewnych siebie trenerów, zawodników oraz menadżerów tego interesu narodowego i biznesowego. Ze słabeuszami mieliśmy wygrywać bez wysiłku.

A jednak sport pozostaje trochę nieprzewidywalny, pomimo licznych usiłowań, by uczynić z niego perfekcyjną maszynę do efektywnego produkowania sukcesów przy pomocy inwestowanego kapitału oraz katorżniczej pracy wybitnych speców od kopania piłki. Ten szczątkowy element nieprzewidywalności jest jednak bardzo dobrą wiadomością. Świadczy o tym, że nie udało się do końca zabić ducha sportu, szlachetnej, bezinteresownej zabawy służącej pokojowi i przyjaźni między ludźmi, w której udział jest ważniejszy niż zwycięstwo, a zwycięstwo nie należy się nikomu „jak psu buda”.

Bardziej zbliżone do niegdysiejszej idei olimpijskiej stają się ostatnio igrzyska paraolimpijskie, bo więcej w nich amatorstwa i bezinteresownej pasji uczestników, którzy muszą stoczyć dodatkową walkę z własnymi ograniczeniami. Mniej tu biznesu i wszelkich innych interesów. Jestem dumny z tego, że polscy paraolimpijczycy biją na głowę polskich uczestników „prawdziwych olimpiad”. To dobrze świadczy o nich i o Polsce.

Cieszę się też, że wśród polskich medalistów „prawdziwej olimpiady” w Rio dominują osoby dotąd nieznane, a także przedstawiciele dyscyplin niszowych, jak wioślarstwo, kajakarstwo, pięciobój nowoczesny lub na przykład zapasy o wielowiekowej tradycji. Nie martwi mnie porażka kilku murowanych kandydatów do podium, zwłaszcza tych, którzy znieśli ją z godnością. To wszystko świadczy o tym, że sport nadal może być piękną przygodą.

Z wielkim sercem kibicuję od czasu do czasu różnym dziwnym, ekstremalnym i mniej ekstremalnym sportom. Ale też sportom mniej dziwnym. Uwielbiam piłkę ręczną, bo jest bardzo dynamiczna i bardzo zespołowa. Lubię siatkówkę, bo jest elegancka. Szanuję Kubę Błaszczykowskiego i Roberta Lewandowskiego, bo – jak się zdaje – ci młodzi ludzie zawdzięczają swoje sukcesy nie tylko talentowi do kopania piłki, ale również poważniejszemu myśleniu o życiu.

Ale z kibicowaniem piłce nożnej mam problem, bo nie umiem się odnaleźć w rzeszy „patriotycznych” kibiców, których od tak zwanych pseudokibiców oddziela bardzo cienka granica. A owi „pseudokibice” to groźne przekleństwo, które narasta. Piłka nożna budzi emocje, które zbyt łatwo wymykają się spod kontroli, nawet jeśli nie wszyscy owym emocjom ulegają.

A jednak mecze czasem oglądam. 11 listopada obejrzę mecz Polski z Rumunią. Jeśli będzie dynamiczny, zagrany ładnie i z zachowaniem uczciwych zasad, nie będę miał żalu jeśli Polska przegra – choć będę jej kibicował. Nie tylko dlatego, że lubię Rumunię, ale przede wszystkim dlatego, że „piłka jest okrągła, a bramki są dwie”. Nie wiadomo tylko co będzie o tym sądził mój dwunastoletni syn, który ogląda mecze polskiej reprezentacji przybrany w biało-czerwony szalik i biało-czerwoną perukę.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail