Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Gdy mówię, że uczę w gimnazjum, zbieram kondolencje

REPORTER
Udostępnij

Po gdańskiej polonistyce krążyło zawołanie: „A idź uczyć w gimnazjum!”, które najlepiej oddawało nasz ówczesny stosunek do ewentualnej pracy w tym miejscu. Skończyłam studia, obroniłam doktorat i… trafiłam na stałe do gimnazjum.

Gdy mówię o swojej pracy, zazwyczaj zbieram kondolencje; kiedy mówię o mojej klasie, o moich uczniach – słyszę: „Super dzieciaki, robicie wspólnie fantastyczne rzeczy”. Uczniowie dali mi przez lata niezłą lekcję życia, bo to przede wszystkim oni pozwolili mi zdecydowanie szybciej odkryć, jaka naprawdę (nie) jestem.

Lekcja pierwsza: Jest, jak jest

To w gimnazjum, między uczniami, nauczyłam się, że pewnych rzeczy naprawdę nie można przeskoczyć – trzeba je przyjąć. Kiedy zaczynałam pracę wyglądałam bardzo młodo, chociaż nie byłam ani świeżo po studiach, ani najmłodszym pracownikiem. Na początku nie czułam się z tym dobrze, bo fakt ten był szeroko komentowany.

Zdarzyło się i tak, że podczas dyżuru pomylono mnie z uczennicą. Najlepiej jednak w pogrążaniu mnie radzili sobie rodzice, witając się ze mną, przy okazji zebrania, okrzykiem: „O, jaka młoda pani!” lub pytaniem: „Jak poradzi sobie pani z dyscypliną?”. Z racji tego kompleksu nie lubiłam również zdjęć klasowych, bo wszystkie można by opatrzyć podpisem: Znajdź wychowawczynię.

Po roku pracy byłam już pewna, że nabrałam odpowiedniego dystansu do siebie i również zewnętrznie „wydoroślałam”. Myliłam się. Jechaliśmy na nagranie do radia, wszyscy bardzo wystrojeni, zwłaszcza dziewczyny. Przyszedł prowadzący, rzucił okiem i powiedział: „Poczekamy jeszcze na waszą wychowawczynię”.

Oczywiście byłam między uczniami. My wybuchliśmy śmiechem (uczniowie dobrze wiedzieli, jak działają na mnie takie teksty), a prowadzący zbladł. Jeszcze zanim zaczął się tłumaczyć, podziękowałam mu za oryginalny komplement. Prawda była jednak taka, że do końca wyjazdu biłam się z myślami, co by tu jeszcze zmienić w swoim wyglądzie.

Lekcja druga: Świat nie musi Cię kochać

Pamiętam lekcję o sonetach Szekspira w klasie III. W uniesieniu interpretowałam przykład z podręcznika, rzucając co ciekawsze szczegóły z tajemniczej biografii autora. Po dłuższej chwili dostrzegam jednak na twarzach słuchaczy wyraźne znudzenie. Postanowiłam, by to oni przejęli ster.

W uczniach nie było żadnego entuzjazmu. I nie była temu winna nawet pogoda za oknem. Zrozumiałam. Z trudem, ale zrozumiałam, że choć Szekspir wielkim poetą był, nie musi od razu z tego powodu zostać ulubieńcem nastolatków. W gimnazjalnym rankingu prawie każdy pisarz przegra z pierwszym lepszym youtuberem.

Z czasem nawet pogodziłam się również z faktem, że istnieją uczniowie, których nic a nic nie wzruszy śmierć Rudego, ale którzy doskonale zapamiętają, że: „Rudy wcale nie był rudy”. Przestałam obwiniać się za źle napisane sprawdziany, jedynki, pretensje rodziców z kategorii: dlaczego córka nie dostała wzorowego.

Na szczęście trafiłam też na jednego (sic!) prawdziwego miłośnika literatury, który systematycznie podawał mi do czytania własne teksty, podgrzewając tym samym mój pedagogiczny zapał i obracając w pył myśli, że to moje zaangażowanie nie ma sensu i może przyszedł czas na to, by traktować swoją pracę jak… pracę. Nie dałam się! Na walentynki dostałam od swojej klasy kartkę z ciekawym zdaniem: „Cały świat nie musi Cię kochać. Wystarczy, że kocha Cię jedna osoba albo… 29”.

Lekcja trzecia: Co zrobić, kiedy ktoś płacze  

Na szkoleniach uczą: nie przywiązuj się do swoich uczniów, nie trać obiektywizmu, nie bierz do domu ich problemów. A co zrobić, gdy w nocy zadzwonią z komisariatu z fatalną informacją, że wychowanek gdzieś prysnął? Co zrobić, gdy ktoś płacze, bo w domu strasznie się dzieje? Nigdy tego nie wiem.

Z gimnazjalistą nigdy nic nie wiadomo. Nie dlatego, że kłamie, ale dlatego, że sprawa wygląda już inaczej,  gdy wraz z jego problemem pojawiają się procedury i…rodzice. Przez lata robiłam, co mogłam i najczęściej dowiadywałam się, że jednak powinnam zrobić coś innego.

Najtrudniej w szkole znoszę cudze łzy. Często płacz stanowi próbę wymuszenia lepszej oceny, ale to jest banalne i proste do rozgryzienia. Zazwyczaj jednak jest ważnym komunikatem, zawsze innym. Jednego nie zapomnę do końca życia.

Zaprosiłam ucznia pierwszej klasy do odpowiedzi. Niestety, okazało się, że nic nie umiał. Po lekcji podszedł do mnie cały zapłakany, zasmarkany i zarzucił mi, że niesprawiedliwie otrzymał jedynkę. Zdębiałam. Poprosiłam, by wyjaśnił mi swój sposób rozumowania. Jego odpowiedź przebiła wszystkie dotychczasowe wykręty i usprawiedliwienia. „Bo my, proszę panią, stwierdziliśmy z kolegą, że pani nas straszy, gdy pani mówiła, że będzie pytać, i po prostu się nie nauczyliśmy. W podstawówce tak nie było”. „Ale tu właśnie tak będzie” – odpowiedziałam.

Lekcja czwarta: Wiem, że nic nie wiem i wiem, że tak już zostanie

Gimnazjalna rzeczywistość potrafi nieźle zaskakiwać, dlatego przekonałam się, że naprawdę warto czasem zrobić krok w tył, pozwolić sobie pomóc. Zwłaszcza, gdy w szkole pojawia się nowiuśki sprzęt. Doświadczenie pomaga, ale tu najlepszym doradcą jest chyba jednak empatia.

Wiedziona tymże doświadczeniem, zwróciłam się we wrześniu do nowego ucznia, używając zdrobnienia. I usłyszałam: „Czy mogłaby pani nie nazywać mnie Jankiem, nienawidzę tej formy”. Na kolejną lekcję przyszłam już „przygotowana” – a tu powtórka z rozrywki: „Proszę, tylko nie Michalino!”.

A ja łudziłam się, że ich już całkiem dobrze rozgryzłam! Na tym, według mnie, polega urok mojej pracy: choć wiem, że dużo wiem, wiem również, że niewiele wiem… Jednego jestem już pewna: jeśli się coś (kogoś) naprawdę kocha, to nie wolno się zniechęcać. Nie trzeba próbować wszystkiego zrozumieć, tylko wytrwale „robić swoje” i ciągle uczyć się i uczyć, i uczyć.

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail