Aleteia

Ty chcesz Niemca przekupić dla Żydów? Rozmowa z Józefem Walaszczykiem, Sprawiedliwym wśród Narodów Świata

Udostępnij
Komentuj

W Warszawie odbywa się dziś pierwszy od zakończenia II wojny światowej Ogólnopolski Zjazd Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata.

Polskie Towarzystwo Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata uczci dziś trzydziestolecie swojego istnienia. Z tej okazji o godz. 18 w katedrze polowej zostanie odprawiona msza św. w intencji Polaków uhonorowanych tytułem Sprawiedliwego. W organizację spotkania zaangażował się Urząd ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych. Z okazji dzisiejszej uroczystości przypominamy nasz wywiad z Józefem Walaszczykiem, rocznik 1919, nazywanym drugim Schindlerem. W czasie II wojny światowej uratował życie 53 Żydom, za co w 2002 r. otrzymał tytuł Sprawiedliwego wśród Narodów Świata. W najbliższy piątek, wraz z innymi Sprawiedliwymi, spotka się w Auschwitz z papieżem Franciszkiem.
Roman Polański po lekturze wspomnień pana Józefa wysłał do niego list. Napisał, że gdyby poznał jego historię przed nakręceniem „Pianisty”, to zrobiły film o nim.

Dlaczego narażał Pan swoje życie, ratując życie innym?

Wynikało to z wychowania i podejścia. My byliśmy pierwszym pokoleniem powojennym. Patriotycznym i chrześcijańskim. Więc kiedy nastąpiła agresja hitlerowska, obudził się w nas opór. Ale chodziło też o taką wzajemną solidarność narodową – Żydzi byli inni od nas, Polaków, ale to przecież byli swoi.

Irenę Front w pewnym sensie ocalił Pan ze względu na jej urodę.

Poznałem piękną dziewczynę, zaprzyjaźniłem się z nią. O tym, że jest Żydówką, dowiedziałem się w momencie, kiedy do hotelu, w którym się zatrzymaliśmy, wpadło Gestapo. Wtedy Irena powiedziała, że tak naprawdę to nie nazywa się Bartczak tylko Front i jest Żydówką.

Jaka była Pana pierwsza reakcja?

Z jednej strony złość, że ona nie powiedziała mi tego wcześniej. Z drugiej strony ja mam taką konstrukcję psychologiczną, że nie wpadam w panikę, tyko od razu szukam rozwiązania.

Szybko ukrył Pan Irenę za szafą, a sam udawał przed gestapowcami potworny rozstrój żołądka.

Nie chwalę się tym, ale miałem stalowe nerwy. Przecież ja kilkakrotnie byłem aresztowany, musiałem uciekać.

O mały włos nie został Pan rozstrzelany.

Na stacji w Nowym Mieście Niemcy otoczyli pociąg, którym jechałem, przewożąc dokumenty dla AK.  Zaczęła się rewizja pasażerów. Na szczęście koledzy z AK mnie „pilnowali” i mój bagaż jakimś cudem zniknął.

Ale pasażer bez bagażu wydał się Niemcom podejrzany.

Zaczęli mnie przesłuchiwać. Bili i kopali. Kazali mi skakać, jeden strzelał mi z karabinu maszynowego pod nogi, a drugi nad głową. Potem postanowili mnie rozstrzelać.

Stałem już przed plutonem egzekucyjnym i brakowało tylko: … drei, Feuer! Zamknąłem oczy, żeby nie widzieć ognia z karabinu. I w tym momencie słyszę: Halt! Nie wierzyłem, że żyję.

Okazało się, że wpadł Pan z deszczu pod rynnę.

Tak, ponieważ komendant Hoffman stwierdził, że to by była za lekka śmierć dla mnie. Powiedział: „Ja cię wezmę do komendantury i tam porozmawiamy”. Wtedy zacząłem żałować, że mnie nie rozstrzelał, bo nie wiem, czy bym zniósł przesłuchanie.
Wszystkich aresztowanych było koło 300. Niemcy uformowali z nas kolumnę i kazali iść na posterunek żandarmerii. W trakcie pochodu do Hoffmana podjechał motocykl, a żandarm podał mu kopertę. To była wiadomość od Gestapo, że mają mnie natychmiast uwolnić, bo „jestem niezbędnie potrzebny dla funkcjonowania fabryki”.

Strony: 1 2 3

Udostępnij
Komentuj
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail