Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Wrzucałam pieniądze, gdy „zbierali na Syrię”, ale wciąż coś mi nie grało…

Udostępnij

Regularnie opłacam kartę na siłownię. Jak skończą mi się perfumy, zamawiam nowe. Tylko ta moja pomoc bliźniemu jakaś taka "od święta" albo raczej od "wyrzutu sumienia".

Te buty są bardzo wygodne, skórzane i trochę kosztowały. A ta bluzka? Ładna i z promocji, ale nie można powiedzieć, żeby za darmo była. O jest już pizza! Hmm… nikt nie patrzy? To szybko zrobię znak krzyża, tak żeby ludzie wokół nie zauważyli.

Tylko co jakiś czas przypomina mi się, że gdzieś daleko – właściwie to w odległej galaktyce – ludzi nie interesuje czy wyprzedaż jest 20% czy 30%, ani czy w mediach znów ktoś będzie manipulował. Oni raczej czekają, czy najbliżsi wrócą tego dnia do domu, czy ich ciało leży gdzieś na ulicy.

Czy mam z tym problem? Oczywiście, że mam. On właściwie we mnie dojrzewał. Najpierw, kiedy czytałam o chrześcijanach ginących za wiarę, którzy w obliczu śmierci zostają wierni Jezusowi, zrozumiałam, jak dziwna jest moją niechęć, by znak krzyża – czyniony w pizzerii, restauracji czy fast foodzie – był nie tylko „jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić”, ale by był widocznym pokazaniem, „od kogo jestem”. Dorosłam. Mój znak krzyża nie jest ani ukryty, ani ostentacyjny. Po prostu jest ze mną w lokalach czy w miejskiej komunikacji, gdy odmawiam różaniec.

Moja odwaga superbohatera, który przyznaje się do wiary i robi to z narażeniem wywołania ironicznego uśmiechu lub zdumienia wśród otoczenia, wciąż nie zmienia sytuacji mieszkańców Bliskiego Wschodu. Chociaż mogę postawić sobie plusik, wciąż jestem chrześcijaninem wezwanym do miłosierdzia,  napojenia drugiego człowieka, nakarmienia go , odziania i przyjęcia. „Módl się więc w ich intencji!” – ochoczo zakrzykną ludzie. „Nie doceniasz siły modlitwy” – pomyślą czytelnicy tekstu.

Modlę się i doceniam, ale zauważam też pewną sprzeczność. Jeśli wolny czas – który zajmie mi modlitwa – to jedyne, co mogę poświęcić dla rodzin, które straciły domy, dla kobiet, które nie mają z czego przyrządzić obiadu, dla dzieci, które nie mogą odrobić lekcji po zmroku i dla mężczyzn, którzy nie wiedzą, jak utrzymać rodzinę, to moje chrześcijaństwo kuleje, właściwie istnieje tylko teoretycznie.

Oczywiście „wrzucam”, gdy „zbierają na Syrię” po niedzielnej mszy św., ale wciąż coś nie gra. Moja pensja jest co miesiąc na czas. Regularnie opłacam kartę na siłownię. Jak skończą mi się perfumy, zamawiam nowe. Tylko to moje miłosierdzie, pomoc bliźniemu jakaś taka „od święta” albo raczej od „wyrzutu sumienia”.

Ostatnio – oczywiście na promocji – kupiliśmy z narzeczonym bilety do Rzymu. Przez 3 dni zwiedzaliśmy Wieczne Miasto. Jak na rasowych „katoli” przystało, na szlaku wędrówki znalazł się kościół z relikwiami św. Wojciecha i bł. Jerzego Popiełuszki. Były bazyliki papieskie, ale też długie Polaków (w tym wypadku dwojga zakochanych) rozmowy o historii, chrześcijaństwie i miłosierdziu.

Dzień po powrocie musiałam wstać  bladym świtem, by przygotować się do audycji. Temat:  Rodzina Rodzinie – program Caritas Polska, dający realną pomoc rodzinom żyjącym w odległej galaktyce zwanej Bliskim Wschodem. Firma, parafia, grupa przyjaciół, rodzina albo indywidualna osoba wspiera konkretną rodzinę w Syrii, Libanie lub Iraku.

Po kolei czytam teksty na temat tego programu, w końcu trafiam na jego stronę internetową. Czytam historię rodziny, której bomby zniszczyły dom. Teraz cała trójka mieszka w wynajętym mieszkaniu, a rachunki za prąd i wodę przekraczają to, co ci ludzie zarobią. Nad opisem rysuje się „CEL” i kwota, która sprawi, że będę musiała lepiej przemyśleć zakup nowych butów i może ta bluzka, co akurat na mnie bardzo dobrze leży, zostanie na sklepowym wieszaku. Deklaracja wsparcia dotyczy najbliższych sześciu miesięcy. Bez namysłu wysyłam link do Janka (narzeczony). W odpowiedzi przychodzi: to suma, jaką kiedyś obiecałem sobie przeznaczyć na cele charytatywne, wchodzimy w to.

Nie, nie uważam że to był znak z nieba. Minął już czas zachwycania się wypowiedzią młodej Syryjki, której słowa: „nie chcemy wyjeżdżać z Aleppo, po prostu się za nas módlcie” nagrał w czasie  ŚDM w Krakowie reporter TVN24. Czas na prawdziwe czyny. I nawet jeśli comiesięczny przelew nie jest szczytem heroizmu i zaangażowania, to jest kolejnym krokiem do uzmysłowienia sobie, że Bliski Wschód to dokładnie ta sama galaktyka i choć nie przyłożyliśmy ręki do tragedii tych ludzi, jesteśmy wezwani do pomocy. A uczynki miłosierdzia to nie jest metafora.

Możliwe, że robicie wiele więcej. Ja mam nadzieję, że dla nas to pierwszy krok do realnej pomocy, także tym, których na co dzień nie widzimy i którzy nie mogą być naszym wyrzutem sumienia, gdy wyłączymy w odpowiednim momencie programy informacyjne.

I jeszcze zostawię tutaj ten link.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail