Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Zamiast łóżeczka kupowaliśmy trumnę. Dzień Dziecka Utraconego

Udostępnij

„Nasz syn wybrał się do nieba wcześniej. Możemy cieszyć się tym, że mamy tam swojego świętego”. O trudnym doświadczeniu poronienia, szoku i błogosławieństwie mówią rodzice, którzy stracili dziecko w 10. tygodniu ciąży.

Anna Malec: Statystycznie każdego roku zdarza się ponad 40 tys. poronień. To także wasze doświadczenie. Dlaczego nazywacie je dziś błogosławieństwem?

Zofia Borkowska: Oczywiście nie cieszymy się z tego, że straciliśmy dziecko, na które czekaliśmy i myśleliśmy, że będziemy cieszyć się nim tutaj. Ale jeżeli patrzymy na to w perspektywie wiary, to i tak to, co przeżywamy na ziemi, jest chwilą w poczekalni. Jesteśmy tutaj, żeby dobrze przeżyć życie, a potem zacząć to życie prawdziwe, wieczne. On już tam jest. Nie patrzyliśmy na to w kategorii tragedii, choć to było dla nas bardzo trudne przeżycie.

Tomasz Borkowski: To było nasze pierwsze dziecko. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, ile radości wiąże się z narodzinami. Teraz widzimy, że gdyby to się wydarzyło później, byłoby dla nas trudniejsze.

Czego potrzebują rodzice, którzy dowiadują się, że ich dziecko nie żyje?

Zofia: Ważne było dla nas to, w jaki sposób mogliśmy tą sytuację przeżyć – że mogliśmy to dziecko pożegnać, pochować, odżałować tę stratę. To są rzeczy, które pomogły nam spojrzeć na całą sytuację jak na błogosławieństwo. Wiem, że to może brzmi strasznie, ale rzeczywiście w tej chwili traktujemy to jak błogosławieństwo. Mieliśmy dziecko, które teraz jest w niebie, mamy swojego syna w niebie. Czasami, gdy potrzebujemy jakiegoś wstawiennictwa, to mamy tam orędownika, który przecież nie odmówi wsparcia rodzicom!

Wtedy to był czas kompletnego szoku, bo tak, jak każde małżeństwo, które dowiaduje się o ciąży, bardzo się cieszyliśmy. Byliśmy krótko po ślubie, to była wiadomość, na którą czekaliśmy. Mieliśmy plany związane z przyjściem dziecka na świat. Gdy okazuje się, że nagle sytuacja się zmienia, to jest to totalny szok. Zamiast wybierać łóżeczko wybieraliśmy trumnę.

Kiedy zobaczyliśmy wyniki badań i wiedzieliśmy już, że nasze dziecko nie żyje, pojechaliśmy do znajomego dominikanina – on bardzo nam pomógł. Po pierwsze, wysłuchał, co mieliśmy do powiedzenia. Po drugie, powiedział, że trzeba koniecznie nadać mu imię, żeby nie było tylko jakimś dzieckiem. Powiedział też, że warto je pochować, nie za pomocą tzw. „pokropka”, ale zrobić normalny pogrzeb.

Jakie znaczenie ma w takiej sytuacji podejście personelu medycznego? Otrzymaliście wszystkie potrzebne informacje?

Zofia: Mieliśmy różne doświadczenia. Nasz pierwszy ginekolog unikał mówienia słowa „dziecko”. Mówił o pęcherzyku, płodzie, ciąży itd. Po raz pierwszy usłyszeliśmy, że lekarz mówi o naszym synu jak o człowieku, podczas badania USG w warszawskim szpitalu na Madalińskiego. Wtedy Władek już nie żył, a lekarz podczas badania opowiadał nam, gdzie ma nóżki, rączki.

Mimo tego wszystkiego, co się stało, czasami mam wrażenie, że Władka w ogóle nie było i wtedy przypominam sobie to USG, kiedy go widziałam, kiedy lekarz o nim opowiadał. To było dla mnie bardzo ważne.

Dlaczego zdecydowaliście się na pogrzeb dziecka? Dla niektórych osób to dodatkowe rozdrapywanie ran, jeszcze niezabliźnionych.

Tomasz: W szpitalu okazało się, że po wywołanym porodzie dano nam kartę informacyjną, tam właśnie było opisane to, co można zrobić. Poinformowano nas, że rodzice mogą się zająć pochówkiem dziecka, lub – jeżeli nie chcą – dziecko będzie pochowane razem z innymi i wtedy zaproszą nas na uroczystość. Muszę przyznać, że chociaż wcześniej nie mieliśmy wątpliwości, że to jest człowiek, to cała ta procedura pogrzebu nie była taka oczywista. Wtedy żadne działanie nie było oczywiste. Po jakimś czasie do mnie dotarło, że przecież nie zostawimy swojego dziecka, jeśli mamy taką możliwość, żeby je pożegnać.

Zofia: Wtedy człowiek działa w takim przytępieniu, w szoku. Nie wyobrażam sobie, co się dzieje, kiedy to poronienie jest nagłe. U nas to wszystko działo się dosyć spokojnie. Przez weekend czekaliśmy, obserwowaliśmy, czy serce naszego dziecka zacznie bić.

Strony: 1 2

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail