Aleteia

Ksiądz Tomasz od pieluch

Audrey/Flickr
Udostępnij

Do niedawna sam kupował pieluszki. W ubiegłym roku ponad 120 tys. Doskonale wie, ile kosztuje wyprawka i dobry wózek. Ks. Tomasz Kancelarczyk ze Szczecina opowiada Aletei, ile dzieciaków urodziło się dzięki zapewnieniu ich mamom najprostszych rzeczy.

Marta Brzezińska-Waleszczyk: Od czego to wszystko się zaczęło?

Ks. Tomasz Kancelarczyk*: Od spotkań z niepełnosprawnymi, z dziećmi z zespołem Downa. Ludźmi, których się bałem. Nie rozumiałem ich, ale to właśnie dzięki nim odkryłem istotę człowieczeństwa. Koniec końców – zostałem kapelanem tych, których się bałem.

Czego się ksiądz bał?

Tej inności, która nie pozwala niepełnosprawnym być takimi, jak my. Ale należałoby raczej powiedzieć, że oni są sprawni, tylko inaczej. Tak, jak my nigdy nie będziemy. Obawiałem się, że nie będę potrafił porozumieć się z takimi ludźmi. Chcąc odpowiedzialnie przeżywać moje kapłaństwo, sam zgłosiłem się do wyjazdu na obóz z niepełnosprawnymi. I tak się wciągnąłem. Dziś jestem zafascynowany ich innością. Gdybym mógł, najchętniej zamieszkałbym z nimi.

Dlaczego kobiety nie chcą urodzić?  

Każda historia jest inna, ale wszystkie mają wspólny mianownik. Jest nim brak mężczyzny. Czasem dosłownie, a czasem metaforycznie, bo niby ten mężczyzna jest, ale nie można na nim polegać. Historie łączy też zwykle brak odpowiedzialności w sferze seksu, relacji. Ludzie są ze sobą tylko na chwilę, a tu pojawia się nowe życie, nowy człowiek. Jest problem.

I z tym problemem kobiety przychodzą do księdza.

Nie zawsze jest tak, że same przychodzą. Często o tym, że jest jakaś trudna sytuacja dowiaduję się od innych osób.

Co wtedy?

Próbuję nawiązać kontakt z kobietą. To nie jest proste. Rozmawiam z nią – o jej sytuacji, przeszłości, o tym, co się wydarzyło. Zapewniam, że będziemy przy niej – ja albo jakiś wolontariusz, którego poszukiwanie od razu zaczynam. Dobrze, jeśli taki ktoś już jest – przyjaciółka, ktoś z rodziny.

Tylko tyle wystarczy? To pomaga?

Tak, dlatego, że te kobiety zwykle są same. I najbardziej potrzebują drugiego człowieka. Niby nie są same, bo noszą w sobie nowe życie, ale jednak czują się osamotnione. Dlatego ja mówię, że kobieta jest w ciąży, a nie w stanie błogosławionym.

I dostaje ksiądz za to burę.

Dokładnie. Ale dla wielu kobiet to nie jest żaden błogosławiony stan, a raczej – wiem, że to mocne słowa – przekleństwo.  Kobieta nie widzi dla siebie przyszłości, jej życie się wali. Nie wie, jak sobie poradzi. To efekt m.in. braku wsparcia ze strony rodziny. Co ciekawe, to nastawienie może diametralnie zmienić się w przeciągu kilku dni. Wystarczy, że ktoś da jej wsparcie – mężczyzna, bliscy.

No dobrze, ale jeśli naprawdę nie ma nikogo takiego w pobliżu?

Wtedy robi się naprawdę duży problem. Bo trzeba zapewnić ją o pomocy długoterminowej i tą pomoc zrealizować. Nawet niekoniecznie przez fundację, ale przez wolontariuszy, zaprzyjaźnione rodziny. To największe wyzwanie – kontaktowanie samotnych kobiet z konkretnymi rodzinami, które otoczą nad nimi parasol ochronny.

Ale potrzeba też konkretu. Zapasu pieluch, wózka. Pewnie orientuje się ksiądz dobrze, ile kosztuje wyprawka.

Jasne. Z dobrym wózkiem jest trochę, jak z samochodem. Ostatnio przez moje ręce przeszedł taki o wartości ponad 2,5 tysiąca. Na cały okres pieluchowania potrzeba ponad 1,5 tys. sztuk pieluch. Do tego jeszcze wszystkie kosmetyki – szamponiki, które nie szczypią w oczy, pudry, kremiki na odparzenia. A to tylko podstawa, bo przecież zdarzają się dzieci chore, z powikłaniami, więc dochodzą koszty medyczne. Albo wydatki związane z mieszkaniem, bo mama nie ma gdzie się podziać.

Ksiądz te wszystkie rzeczy sam kupuje?

Jeszcze do niedawna tak, ale dziś nie dałbym już rady sam tego ogarnąć. W ubiegłym roku kupiliśmy 120 tys. pieluszek. Proszę sobie wyobrazić, ile kursów trzeba było zrobić skromnym samochodzikiem, żeby to wszystko przewieźć.

Nie podśmiewali się z księdza z tego kupowania pieluch?

Trochę tak, ale tu w Szczecinie jestem już dobrze znany, jako „ten od Marszu dla życia”. Ja z workami pieluch to już normalny widok, chociaż oczywiście były żarty, że to jakaś podejrzana sprawa (śmiech). Dziś nie kupuję tego wszystkiego sam, ale zdarza się, rozwożę wyprawki osobiście. Powiem szczerze, że najchętniej to pracowałbym tylko w tych pieluchach, ale jako kapłan czy prezes Fundacji Małych Stópek mam też inne obowiązki.

Księdza pewnie wkurza mówienie, że Kościół tylko w teorii troszczy się o życie poczęte.

To niemądre gadanie osób spoza Kościoła. Skąd to wiem? Bo gdyby ci ludzie choć raz dotrwali do końca Mszy, usłyszeliby podczas ogłoszeń, ile zbiórek czy akcji dla potrzebujących organizuje Kościół lub wspólnoty. Ostatnio po internecie krążyła mapa, na której zaznaczono domy samotnych matek stworzone przez Kościół. Cała wypełniona kropkami. A obok mapa domów prowadzonych przez środowiska lewicowo-feministyczne. I ona była pusta.

Ważny jest też pewien klimat w społeczeństwie, zainteresowanie kobietami, a nawet o takie drobiazgi, jak ustąpienie miejsca czy pomoc z wniesieniem wózka. Tego brakuje.

Moja fundacja dokonuje zakupów dla mam z pieniędzy, które dostajemy od ludzi. Czasem to wpłaty po 10 zł, czasem większe. Utrzymuję kontakt z naszymi ofiarodawcami. I wie pani, kto to jest? No przecież katolicy! Jak mówię, że potrzebuję kogoś do pomocy, to nie mam problemu. Ludzie zgłaszają się sami.  Choć ja oczywiście zawsze powtarzam, że wolałbym, aby moja fundacja była niepotrzebna. Aby każdy katolik miał w sobie głęboką potrzebę zainteresowania się kobietą w ciąży, zwłaszcza tą samotną. To byłby ideał.

Liczy gdzieś ksiądz, ile się księdzu dzieciaków urodziło?

Jeśli powiem, że kilkadziesiąt (tylko w ubiegłym roku było ok. czterdziestu), to nie będzie w tym przesady. Nie poszukuję trudnych sytuacji, bo wiem, że nie wszystkim mógłbym pomóc. One same do mnie przychodzą.

 

*Ks. Tomasz Kancelarczyk – kapłan archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej, założyciel i prezes Fundacji Małych Stópek, działacz pro life, organizator największego w Polsce Marszu dla Życia w Szczecinie.