Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

„Trzeba było, to się ratowało”. Opowieść o Ukraińcach, którzy ocalili Polaków na Wołyniu

Udostępnij

Kiedy jedni sąsiedzi zabijają, drudzy rzucają się, by ratować – pisze Witold Szabłowski. Reporter odnajduje cichych bohaterów i zadaje im proste pytanie – dlaczego tak ryzykowali.

„Kresowian zabito dwukrotnie: raz przez ciosy siekierą, drugi raz przez przemilczenie”. Taką sentencją z pamiętników Jana Zaleskiego Wojciech Smarzowski rozpoczyna film „Wołyń”. Za sprawą głośnego obrazu, a także coraz to nowych publikacji, temat ludobójstwa Polaków znowu powraca. Jednym z ciekawszych głosów w dyskusji jest reportaż Witolda Szabłowskiego „Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia”, który rzuca nowe, dotąd rzadko dostrzegane, światło na tragiczne wydarzenia, których kulminacja przypadła na lato 1943  roku.

Ludzkie odruchy w nieludzkich czasach

Myśląc o tak dramatycznych wydarzeniach, jak Rzeź Wołyńska, łatwo ulec pułapce widzenia świata wyłącznie w dwóch odcieniach – tylko czarnym lub białym. Taka wizja jest zresztą łatwiejsza – Ukraińcy mordowali, Polacy ginęli. Rzadko natomiast mówimy, a trzeba to robić, pamiętając oczywiście o skali zjawisk, że mordowali także Polacy (w niewielkich, ale jednak akcjach odwetowych), a Ukraińcy ratowali swoich polskich sąsiadów. O tym właśnie pisze Szabłowski.

Wybitny reportażysta jedzie na Ukrainę w poszukiwaniu tych, którzy jeszcze żyją i pamiętają. Ale szczególnie szuka ludzi, którzy w nieludzkich okolicznościach zachowali ludzkie odruchy – ratowali sąsiadów, ryzykując życie swoje i najbliższych, a nieraz ponosząc za to najwyższą cenę.

Trzeba powiedzieć to jasno – nie wszyscy Ukraińcy mordowali. Byli tacy, którzy nie dali się opętać nacjonalistycznej wizji Ukrainy „czystej jak łza”. A może na bok trzeba odłożyć wielkie hasła i powiedzieć, że po prostu nie potrafili mordować, nie dali rady. Jak sotnik Mizowiec z kolonii Kopaczówka, który nie stawił się na umówione miejsce, skąd miał nastąpić atak na wsie Parośl i Wydymer. W dodatku, wcześniej puścił wolno katolickiego księdza. „Dowbeszko-Korobka”, dowódca jednej z band nie wybaczył takiej niesubordynacji. Odciętą głowę Mizowca położył twarzą w kierunku Wydymeru, by „skoro nie chciał zabijać Polaków, mógł sobie popatrzyć, jak żyją”.

Dzieciaka nie zabijemy

Podczas gdy jedni urządzali zabawy obwiązując dzieci snopkami siana i podpalając, przybijając niemowlęta do drzew, robiąc tzw. wianuszki, innym na takie mordy nie pozwalało sumienie. Wzdrygali się pewnie na myśl o tym, że mieliby wbić widły w dziecięce ciałko. Tak ocalała Hania. Odnaleziona po masakrze w Gaju, przewieziona do Kaszówki trafia do ukraińskiej rodziny. Czy stałoby się tak, gdyby Ołeksandr Jaszczuk, jeden z gospodarzy nie powiedział: „Co ma być, to będzie, ale dzieciaka nie zabijemy”?

Jeszcze innym na mordy nie pozwalają więzy rodzinne. Podczas gdy dla jednych aktem najwyższego poświęcenia dla „sprawy” było zabicie swojej polskiej żony, inni ratowali nie tylko żonę i dzieci, ale jeździli po sąsiednich wsiach i ostrzegali Polaków, jak Petro Parfeniuk i jego brat Pawko. Zresztą, to on jako pierwszy przybiegł pod kościół w Kisielinie, gdy tylko UPA się wycofała, by pomóc tym, co przetrwali masakrę.

Petro był raz na „akcji” banderowców. Przekonywali, że walczą z faszystami. Ukraińcy muszą sobie pomagać – mówili. Parfeniuk pojechał. I zobaczył jak bandyci robili zawody, kto więcej Polaków zastrzeli jedną kulą. I już więcej nie chciał brać udziału w takiej „samoobronie”.

Dwie szklanki za jednego człowieka

Zresztą, nie tylko Ukraińcy ratowali Polaków. Także Polacy Żydów. Kresy przed II wojną światową to było miejsce, które tętniło wieloma kulturami, narodowościami. Żyli tu Polacy, Ukraińcy, Czesi oraz Żydzi. Ci ostatni stworzyli na przykład wyjątkową wieś, położoną w samym środku lasu – Trochimbrod, zwany Zofijówką. W niedzielę 9 sierpnia 1942 roku Trochimbrod przestał istnieć. Dwudziestu niemieckich żołnierzy wraz ze stoma szucmanami strzelali w głowę. Ciała wrzucili rzędami do dołów.

Ale kilku rodzinom udaje się uciec. Mają w lasach bunkry. Chowają się. Łącznie nawet kilkanaście osób. Ale jak przetrwają bez pomocy z zewnątrz? Z ratunkiem przychodzi Alojzy Ludwikowski. Nosi Żydom jedzenie od lipca 1942 roku do wyzwolenia, do 28 stycznia 1944. Organizuje dla nich także broń. Rodzina Potaszów, która dzięki niemu przeżyła, do końca życia wysyłała Alojzemu, a później jego córce, paczki ze Stanów Zjednoczonych. Chociaż tak mogli się odwdzięczyć.

Niektórzy po latach wojennej zawieruchy odnajdują się, utrzymują kontakt. „Najpiękniejsze było, jak się jedna pani, która chowała Żyda, spotkała z jego synem po wielu latach. Jak oni płakali z radości na swój widok!” – pisze Szabłowski. Ocaleńcy chcą ofiarować swoim „wybawcom” coś w podzięce. Czasem nie jest to nic wielkiego, ot, choćby komplet szklanek, jaki dostała pani Ola. Sześć szklanek z zielonymi łezkami. Trzech Żydów. „Wychodzi po dwie szklanki za jednego człowieka” – konstatuje nie bez ironii Szabłowski.

Człowiek człowiekowi

Reportażysta nie ukrywa zresztą tego, co myśli o podziękowaniu dla ludzi, którzy ryzykowali życiem, by ratować innych. Opisuje historię pani Szury, Ukrainki, z której sąsiad podśmiewa się, że jest „polskim dobrem narodowym”, bo mówi po polsku, modli się po polsku i dba o groby Polaków. Żartuje sobie, że powinna dostać od naszego ambasadora telewizor. Ale ona go nie chce. „Niech się pani nie martwi, pani Szuro. Nas w naszej historii tylko mordowali, nie ma miejsca na takich, którzy modlą się i którzy nam wieszają ruczniki i poprawiają, jak ktoś zerwie. Nie dajemy swoim sprawiedliwym medali, nie sadzimy im drzewek. Nie dajemy im też telewizorów. Szczerze mówiąc, to w ogóle o nich nie pamiętamy. Może pani spać spokojnie” – pisze autor.

Książka Szabłowskiego jest najpewniej jednym z niewielu pomników dla takich osób, jak  pani Szura. Bo ocala ich od zapomnienia. „Sprawiedliwi zdrajcy” to reportaż fenomenalny, do bólu prawdziwy, w którym autor nie ukrywa swoich ocen, ale i zaangażowania, kiedy np. obiecuje pani Hani, jednej z bohaterek, że odnajdzie jej rodzinę.

Autor nie ucieka też od pytania najważniejszego – DLACZEGO? – które powraca niczym refren na blisko 400 stronach jego książki. Dlaczego jedni mordowali, a inni ratowali? Niektórzy, żeby to zrozumieć poszli na studia historyczne, jak Leon Popek. Powstały wielkie traktaty i rozprawy na ten temat, podczas gdy odpowiedź jest szalenie prosta.

„Trzeba było, to się ratowało” – mówi pani Ola. I jeszcze: „Nie ma znaczenia, czy ktoś jest Czechem, Żydem, Ukraińcem albo Niemcem. Są ludzie. To człowiek może ukraść albo oszukać. Albo zabić” – dodaje pastor Jan Jelinek.

Tak samo jak człowiek może uratować człowieka.

 

*Witold Szabłowski, Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia, Znak 2016
**Wszystkie cytaty w tekście pochodzą z książki W. Szabłowskiego

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail