Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Szymon Majewski: Strażnik z Teksasu, czyli chudy Szymek kontra reszta świata!

Udostępnij

Nigdy nie byłem bohaterem w swojej sprawie, dobra, chcą mnie bić, pertraktuję, a jak się nie da i siła złego na jednego to „w Długą!”. Ale nie daj Boże, jak komuś coś się dzieje na ulicy, w domu lub w zagrodzie, to się w Szymku takie siły uruchamiają, że idę walczyć w ciemno.

Pierwszy raz zaatakowałem w obronie mamy na Gubałówce. Miało to miejsce w 1976 roku, mama miała silną klaustrofobię, a bardzo chciała pokazać mi kolejkę na Gubałówkę, fajnie, tylko że w kolejce bardzo się zestresowała i musiała zażyć krople walerianowe (spokój w PRL-u pachniał zawsze walerianą).

W wagonie rozszedł się silny zapach kropli i jakaś pani powiedziała: „Fu! Co tu tak śmierdzi?”. Mimo że byłem szkrabem, rzuciłem się na nią, krzycząc: „Zamknij się, babo, moja mama jest chora!”.

 

Zwycięska matematyka

Zawsze tak miałem, niestety, nie było to poparte siłą mięśni i zdolnością do bitki. Posiadałem jednak zdolność mobilizacji i ogólny przegląd pola, a także zdolność skrzyknięcia sojuszników.

Pamiętam, jak na boisku gitowcy zaczęli bić naszego kolegę Artura, było ich trzech, a nasz pan od WF-u schował się do kanciapy. Dokonałem szybkiego rachunku – ich jest trzech, nas ponad dwudziestu – okej. Mają po osiemnaście lat, my po trzynaście, ale… „i Herkules d…a, kiedy ludzi kupa”, jak mawiał mój dziadek.

Zacząłem mobilizować grupę: „Chłopaki!! Chodźcie wszyscy, co jest!? Biją Artura!”. W ciągu paru sekund całe boisko przy ul. Białobrzeskiej ruszyło na git-ludzi. Matematyka, choć jej nigdy nie lubiłem, zwyciężyła, git-ludzie uciekali w popłochu przez parkan.

 

Strażnik w teksasie

Kiedy miałem siedemnaście lat, mięśni i umiejętności Khalidowa nadal nie było na stanie, ale w tramwaju numer 15 na Placu Narutowicza znowu rzuciłem się w bój, a z opresji uratowały mnie tylko refleks i spryt.

W samo, że się tak filmowo wyrażę, południe, wracałem z korepetycji z matematyki, gdy kątem oka zobaczyłem, jak w tramwaju dwóch pijanych, agresywnych gości zaczepia dziewczynę siedzącą przy oknie. Trwało to już jakieś parę minut, byli coraz ostrzejsi i chamscy, a we mnie obudził się Strażnik Teksasu, a raczej strażnik w teksasie, bo takie dżinsy wtedy nosiłem (teksas – materiał, który za komuny udawał jeans). Podszedłem i powiedziałem:

Panowie, kończymy zabawę, pani nie ma ochoty na wasze towarzystwo!

Gadka, acz trochę oldskulowa zadziałała, panowie mieli nowy cel: błędny rycerz z tramwaju nr 15, chudy, kudłaty i w okularach, będzie rzeź! Po tekście mniej subtelnym niż mój: „Co ci się … nie podoba?”, ruszyli na mnie.

 

Po profesorsku

Musiałem grać twardziela, rzuciłem: „Okej, panowie, ale wyjdźmy, nie róbmy w tramwaju zadymy”. Czasy były inne, nie biło się jak teraz profesorów w tramwajach, a może panowie chcieli mieć widownię na przystanku, tak czy siak, ruszyliśmy do wyjścia. I mimo żem był licealista, to załatwiłem ich po profesorsku, wychodząc miałem plan ucieczki, czyli od razu „z kopyta” jak tylko staniemy na ziemi, w biegach byłem dobry, szkolne wyścigi na 60 i 100 metrów raczej wygrywałem. Ale gdy wychodziłem na przystanek, rzuciłem okiem na motorniczego, który obserwował całą sytuację i miałem takie wrażenie, że był po mojej „jasnej” stronie mocy.

To porozumienie dwóch bratnich dusz dało genialny plan, wyszedłem na przystanek, panowie za mną, ja wtedy dałem krok w tył do tramwaju, a pan motorniczy zamknął drzwi. Akcja była jak z Bonda! Panowie zostali na przystanku, występek i czarne charaktery zostały ukarane, a jasna strona mocy mogła otworzyć okna w tramwaju i powiedzieć parę słów na pożegnanie.

Nagrodą za wszystko było to, że dziewczyna mi podziękowała i to, że mogłem historią chwalić się przed kolegami, a teraz tu przed wami.

 

Śmieszna czapka

Wiele lat później, będąc już pracownikiem Radia Zet, dałem się sklepać trzem dresom na Ursynowie. Powód: śmieszna czapka. Nie musiałem nikogo bronić, a siebie nie za bardzo umiałem. Jednak już rok później w nocnym autobusie znowu z kierowcą pogoniliśmy gościa, który bił studenta, pamiętam, że jak uciekał, posłałem jeszcze za nim słoik z bigosem od mojej mamy. Do dziś mam przed oczami, jak bigos z grzybami rozbryzguje się na jego bandyckich plecach!

Pamiętajcie: i Herkules d…a, kiedy ludzi kupa!

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail