Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Mężczyzna, który stracił żonę, pisze list do lekarzy. Będziecie zaskoczeni jego treścią

Udostępnij

„Tę ostatnią godzinę z Laurą zapamiętam do końca swoich dni. To był dar nad dary i za to jestem głęboko wdzięczny. Wam wszystkim mam naprawdę za co dziękować” – napisał Peter DeMarco.

W 2016 roku Peter DeMarco stracił żonę. Kobieta umarła w szpitalu w Cambridge, otoczona nie tylko profesjonalną, ale także bardzo życzliwą opieką. Mężczyzna napisał po wszystkim do personelu szpitala taki oto list:

„Kiedy opowiadam moim krewnym, przyjaciołom i znajomym o chwilach, w których otaczaliście opieką moją żonę Laurę, o siedmiu dniach, które okazały się ostatnimi w jej niedługim życiu, zazwyczaj tracą cierpliwość przy piętnastym wymienionym przeze mnie nazwisku. Na mojej liście są przecież nazwiska lekarzy, pielęgniarek, specjalistów chorób układu oddechowego, pracowników socjalnych, a nawet salowych.

Ty naprawdę pamiętasz nazwiska ich wszystkich? – pytają mnie.

Nie wiem, jak mógłbym je zapomnieć.

 

 

Każde z Was potraktowało Laurę, nieświadomą tego, co się z nią dzieje, z profesjonalizmem, serdecznością i wrażliwością. Kiedy musiała otrzymać zastrzyk, przepraszaliście, że to będzie trochę bolało, choć nie mieliście pewności, że Was słyszy. Kiedy obsłuchiwaliście jej serce i płuca przez stetoskop i zsunęła się jej piżama, z szacunkiem nasunęliście ją z powrotem. Okrywaliście ją kocem, nie tylko wówczas, kiedy należało to uczynić dla uregulowania temperatury jej ciała, lecz także wtedy, kiedy w jej pokoju szpitalnym było nieco zimno i uważaliście, że będzie mogła wygodniej się wyspać tak opatulona.

 

Lekarze, którzy dali mi siłę

Pomagaliście jej rodzicom rozkładać leżankę obok jej łóżka, przynosiliście im wodę i odpowiadaliście bez zniecierpliwienia na mnóstwo pytań o stan jej zdrowia. Mój teść, który sam, jak wiecie, jest lekarzem, poczuł się częścią personelu zaangażowanego w opiekę nad córką. Nie macie nawet pojęcia, jak to było dla niego ważne.

I wreszcie – Wasz stosunek do mnie. Gdyby nie Wy, nie znalazłbym w sobie siły do przetrwania tego tygodnia. Przychodziliście do mojej żony bardzo często i za każdym razem widzieliście łzy w moich oczach. Widzieliście, jak opieram swoją głowę na jej ręce i staraliście się wykonywać swoją pracę tak dyskretnie, jak to tylko możliwe. Wiele razy pomagaliście mi stawiać leżankę bliżej łóżka Laury, poruszając się zręcznie w plątaninie rurek i kabli.

Tysiące razy wchodziliście do pokoju, pytając, czy mi czegoś nie potrzeba: jedzenia, picia, świeżych ubrań, gorącego prysznica, informacji o terapii żony lub po prostu kogoś do pogadania.

Tysiące razy obejmowaliście mnie i pocieszaliście, kiedy byłem już u kresu możliwości. Pytaliście, jaka była Laura, oglądaliście cierpliwie albumy z jej zdjęciami i czytaliście to, co o niej napisałem. Tysiące razy przekazywaliście mi złe wieści ze wzrokiem pełnym współczucia i autentycznego smutku.

Kiedy musiałem skorzystać z komputera i wysłać szybkiego maila, pomogliście mi. Kiedy przemyciłem na oddział szczególnego gościa, naszego kocura Kolę, żeby ostatni raz polizał twarz Laury, udawaliście, że go w ogóle nie widzicie.

A jednego szczególnego wieczoru pozwoliliście wejść na OIOM ponad pięćdziesięciu znajomym Laury, jej rodzinie, przyjaciołom, kolegom ze studiów i z pracy. Zapamiętam ten wieczór jako prawdziwy wybuch miłości i radości – ktoś grał na gitarze, ktoś inny śpiewał operową arię, były tańce. Wtedy wyraźnie zobaczyłem, jak bardzo ludzie kochali Laurę. To był dla nas obojga ostatni wspólnie spędzony wieczór; bez Waszego wsparcia nie doszedłby do skutku.

 

 

Ostatnia godzina z żoną

Jest jeszcze jeden moment, jedna godzina, której nigdy nie zapomnę.

Ostatniego dnia, kiedy czekaliśmy na operację pobrania od Laury organów, chciałem po prostu pobyć z nią sam na sam. Lecz czas uciekał i ciągle w pokoju meldował się ktoś nowy, żeby się pożegnać. Kiedy około godziny 16:00 wreszcie zostaliśmy sami, byłem tak bardzo emocjonalnie i fizycznie wykończony, że poczułem się strasznie senny. Poprosiłem pielęgniarki, Donnę i Jen, żeby mi pomogły rozłożyć leżankę. Nie była zbyt wygodna, ale wówczas chodziło mi tylko o to, by móc położyć się obok Laury.

Jednak pielęgniarki miały lepszy pomysł. Poprosiły mnie, żebym na chwilę wyszedł, a kiedy wróciłem do pokoju, okazało się, że przesunęły nieco Laurę w jej łóżku szpitalnym, zostawiając trochę miejsca dla mnie. Poprosiłem, żeby dały nam tak poleżeć obok siebie ostatni raz przez godzinę, i żeby nikogo nie wpuszczały do pokoju; zgodziły się i, zgasiwszy światło, wyszły.

Przytuliłem się do niej i objąłem ją. Wyglądała niesamowicie pięknie. Powiedziałem jej to, gładząc ją po włosach i twarzy. Odsuwając nieco jej piżamę, pocałowałem jej piersi i położyłem na nich swoją głowę; czułem każdy jej oddech i uderzenie serca. Ta ostatnia dla nas chwila intymności jako męża i żony była całkowicie naturalna, czysta i uspokajająca; przewyższała wszystkie inne. I wtedy właśnie zasnąłem.

Tę ostatnią godzinę z Laurą zapamiętam do końca swoich dni. To był dar nad dary, i za to jestem głęboko wdzięczny Donnie i Jen. Wam wszystkim mam naprawdę za co dziękować.

Z wyrazami dozgonnej wdzięczności i miłości,
Peter DeMarco”.

Zobacz reportaż przygotowany przez NBC News:

 

Tekst pochodzi z angielskiej edycji portalu Aleteia

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail