Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Szymon Majewski: Wszystkie moje przeziębienia, czyli o radości zostania w domu

Udostępnij

Najbardziej lubiłem chorować. To jasne, bo tylko wtedy mogłem cały dzień siedzieć z dziadkiem.

Najfajniejsze było małe przeziębionko, takie z temperaturą do 38 stopni, bo jak się zdarzyło więcej to już Szymek odlatywał. Wspaniałe było 37 i 7, bo robiło wrażenie na mamie, a jednocześnie nie rozkładało mnie na całego.

37 i 7 dawało mi co najmniej tydzień w domu z dziadkiem.

Chorowanie czasem realne, a czasem symulowane miało swoje rytuały. Przede wszystkim, Szymusiowi należała się specjalna konstrukcja poduszkowa, dziadek wstawiał mi za nią dużą deskę do ciasta, dzięki temu mogłem w łóżku siedzieć i robić to, co kochałem, czyli czytać. Drugi przywilej to herbata malinowa na życzenie. Pełna malin przywiezionych z Ulanowa, rozgrzewająca, często z cytryną i miodem. To był hit moich wszystkich choróbek dzieciństwa. To nie koniec luksusów. Dziadek, żeby rozweselić wnuka, montował kolejkę linową łączącą kuchnię z moim pokojem. Samą konstrukcję z kółkiem montowaliśmy we dwóch z zestawu Mały Mechanik, potem linkę dziadek zaczepiał na wieszaku na ubrania koło kuchni. Trzeba było krzyknąć do dziadka: „Dziadku zrób mi kanapkę”, po pięciu minutach kanapka ze smalcem wyjeżdżała z przystanku KUCHNIA, a ja ją odbierałem na stacji ŁÓŻKO. Po zjedzeniu wysyłałem talerz z powrotem.

 

Dziadkowe pejzaże

Do chorobowych rytuałów należało oglądanie slajdów z wakacji, opatrzonych dziadkowym komentarzem, albo „Czterech Pancernych i Psa”, też w wersji na rzutnik. Żeby stworzyć małe kino, dziadek zamykał drzwi do kuchni i pokoju. To mogło mieć miejsce tylko, kiedy byłem już zdrowszy, bez gorączki. Ale najcudowniejsze chwile spędzałem pod stołem, gdy dziadek malował. Tak, dziadziuś był malarzem amatorem, rozstawiał w pokoju sztalugi i malował pejzaże, a ja pod stołem budowałem różne dziwne konstrukcje z poduszek, koców i małych krzesełek, w takiej jurcie siedziałem godzinami, słuchając jak dziadek rozmawiał sam z sobą prowadząc osobliwy dialog:

– Jakie buty, psze pana?

– Z cholewami! Tak, tak.

Nie wiem, wspomnieniem jakiej sytuacji był ten dialog, ale zawsze mnie bawił.

 

Teleżarty

Dziadek miał osobliwe poczucie humoru i swego rodzaju partyzancki sznyt, pamiętam jak któregoś dnia zadzwonił telefon, dziadek podszedł do aparatu, wziął słuchawkę, posłuchał, pokiwał głową i odezwał się takimi słowami:

– A ty się dzisiaj zesrasz!

Wystraszyłem się, rany gościa, komuż to dziadek życzy takiej przygody, spytałem więc:

– Co się stało?

Dziadek odpowiedział:

– Jakiś dureń zadzwonił i powiedział: Dzisiaj umrzesz.

To był czas robienia tzw. żartów telefonicznych. Numery były w książce telefonicznej i nudzące się dzieciaki na chybił trafił dzwoniły z takimi wkrętami.

Jak się nie nudziłem, dziadek Ignacy robił z każdej mojej choroby bajkę i nieraz zdarzyło mi się przystawiać termometr do kaloryfera, żeby zafundować sobie parę dni z kolejką linową i pokazem slajdów.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail