Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Lifting, retusz i lukier, czyli moje kłopoty ze świętymi

FOTONOVA
Udostępnij

Czy potomni mogą się dowiedzieć, że nasza święta, leżąc w łóżku, była zdolna do pogładzenia stopą policzka współsiostry, siedzącej u jej nóg?

„Święci nas zawstydzają” – powiedział kiedyś Jan Paweł II. Nie tylko zawstydzają, ale wprawiają nas w zakłopotanie, burzą komfort. Ale mamy już dobrze wypróbowane sposoby na ich neutralizację i są to techniki doskonalone przez stulecia.

Jeden jest klasyczny i najczęściej stosowany. Oto ktoś umiera w opinii świętości i niezwłocznie, niemal kilka dni po śmierci lub gdy zaczyna wzbudzać zainteresowanie i na horyzoncie jest proces beatyfikacyjny, zaczyna się inny proces – mozolnego liftingowania, retuszowania, polewania lukrem.

Czy potomni mogą się dowiedzieć, że nasza święta robiła błędy ortograficzne? Czy powinni wiedzieć, że, leżąc w łóżku, była zdolna do pogładzenia stopą policzka współsiostry, siedzącej u jej nóg? A ich twarze – czy nie były zbyt zwyczajne i za mało przypominające gładkie buzie z obrazków, wsuniętych między strony modlitewników? Zaczyna się więc ostre przykrawanie świętych, wygładzanie i polerowanie, w końcu upychanie w ramki wyobrażeń o doskonałości świątobliwych i gorliwych, zatroskanych, by na wyimaginowany obraz nie spadła nawet odrobina pyłu.

To właśnie ten typ gorliwców wypisywał w swoich wzniosłych utworach, że nasz przyszły święty już jako niemowlę w piątek odmawiał ssania matczynej piersi, że ktoś stał trzydzieści lat na słupie w niemiłosiernym pustynnym upale, inny zaś każdy posiłek posypywał gorzkimi ziołami, pragnąc zagłuszyć naturalny smak i urok jedzonych potraw.

Jakie są efekty podobnych zabiegów można dostrzec porównując „Dzieje duszy” z „Rękopisami biograficznymi” św. Teresy z Lisieux, lub niebanalną, skupioną twarz św. Fautyny, wpatrzonej w obiektyw i jej portret beatyfikacyjny, malowany na podstawie retuszowanego zdjęcia z legitymacji zakonnej. To zadziwiające zabiegi, które pozbawiają konkretną osobę cech indywidualnych na rzecz jarmarcznej masówki świętych obrazków. Z drugiej strony właśnie te wygładzone frazy i lukrowane malunki docierały do wyobraźni i wrażliwości milionów, które poznawały życie bohaterów.

Muszę wyznać, że długo byłam zła na matkę Agnieszkę, w świecie – Paulinę Martin – za jej redaktorskie ingerencje, za przepuszczanie przez swoje wyobrażenia o tym, jak być powinno, za liftingowanie osobowości swojej młodszej siostry. Tej żywej iskry, która mówiła o „Boskim złodzieju” i nie bała się stwierdzić, że mogłaby być prostytutką i jedynie dobremu Bogu zawdzięcza, że nie zraniła stopy swej o kamień, bo zawsze niósł ja na rękach.

Ale złość mi przeszła w chwili, gdy zdałam sobie sprawę, że Pan Bóg to wyreżyserował i na owo przykrojenie, wersję light zezwolił, gdyż postać Teresy stała się po upiększających zabiegach bardziej „strawna” dla zwyczajnych ludzi jej czasów. Być może ponad sto lat temu wybuchłby skandal, gdyby dowiedziano się o niekonwencjonalnych myślach i zachowaniach Teresy, której zażyłość z Jezusem nasuwał zuchwałe wręcz myśli, słowa i skojarzenia. I nie zostałaby przyjęta przez miliony z otwartymi ramionami, jak po opublikowaniu „Dziejów duszy”.

Po latach następuje kolejny etap pośmiertnej kariery zmarłych w opinii świętości – odgruzowanie, szukanie dokładnych wypowiedzi, odsianie wysiłków redaktorów i cenzorów. Nad pożółkłymi kartkami zasiadają specjaliści od odczytywania rękopisów, udaje im się dotrzeć do zaczernionych fragmentów, można się zorientować, czego obawiał się korektor. To bardzo ważne przywracanie autentyzmu zwyczajności, bo wyłania się dzięki temu prawdziwy człowiek, co może dodać otuchy zwykłemu odbiorcy.

Teresa, idąc do klasztoru, wiedziała, że nie podoła wymaganiom, stawianym przez pobożnych żywotopisów, że to nie jej rozmiar sukni, co nie znaczy, że świętą nie będzie… I pokazała drogę zwyczajności – pranie, sprzątanie, zmywanie garów, zamiatanie krużganków. Żadnego stania na słupie… a „tylko” marznięcie w nieogrzewanej celi, pod jednym cienkim kocem.

Z tym demakijażem i zdejmowaniem warstw pozłoty, by dotrzeć do prawdziwego oblicza, też można się zapędzić. Z odpustowego obrazka można iść w karykaturę, co spotyka się nader często u współczesnych dziejopisów.

Wyszukują mianowicie najdrobniejsze pęknięcia, budują na nich swoją narrację. Posyłają świętych do psychoanalityków i psychiatrów, wyjaśniają, że św. Hildegarda cierpiała na straszne migreny i łączą to z postaniem jej utworów, że św. Stanisław Kostka cierpiał na fobie i lęki. I znowu nie ma miejsca na zwyczajność, na przekaz, że świętość to ani depresja i patologia, ani podniebna idealność, a rzeczywistość, która jest osiągalna, byle wyruszyć w drogę.

Święci zawstydzają. Dlatego podejrzewam, że liczne zabiegi wokół nich są swoistą samoobroną. Nie chce nam się zejść z przysłowiowej kanapy, porzucić przytulny komfort. Tłumaczymy sobie, że z pewnością nie damy rady żywić się korzonkami lub tkwić w żarze pustyni przez dziesięciolecia.

Z drugiej strony, nie wiadomo, jak z nimi jest, z tymi świętymi i czy to nie osobnicy, odbiegający od normy, podatni na fobie histerycy i marzyciele. Machamy ręką i dajemy sobie spokój, wszystko wraca do normy i przeciętności. Nadal jest banalnie i tylko czasem dochodzą do nas odgłosy innego świata, budzi się w nas tęsknota.

Jeżeli taki stan potrwa w nas dłużej, chyba najlepiej popatrzeć na pełne skupienia spojrzenie Teresy, która mówi stanowczo: „Przestań się mazgaić, ruszaj w drogę i szukaj świętości, czyli pełni z Panem Bogiem na miarę naczynia, jakim jesteś, nie większej, ale też nie mniejszej, bo po to istniejesz”.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail