Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

„Córeczko, ja umieram”. Kolejne święta bez Mamy. Niosę ją w sobie, opowiadam, uobecniam

ZDJĘCIA W SKRZYNCE
Pexels | CC0
Udostępnij

Dopiero po odejściu Mamy zdałam sobie sprawę, jak blisko są ci, których nie ma już z nami na tym świecie. Przecinamy codziennie zostawione przez nich ślady.

Wszystkich Świętych, Dzień Zaduszny. Kolejne w moim życiu. Uczyłam się ich od dziecka. Co roku była to rodzinna wyprawa na groby bliskich, rozsiane po kilku warszawskich cmentarzach. Jako dziecko byłam zafascynowana tym, że Mama ma w głowie trasy dojścia do większości grobów: cyferki, literki. Tylko czasami wyciągała mały kieszonkowy kalendarzyk, a w nim pod literą C – były cmentarze, ze wszystkimi danymi potrzebnymi, by się odnaleźć. Wtedy ruszała dalej pewnie przed siebie.

Często był pośpiech i para z ust. Były opowiadane przez nią ciągle na nowo rodzinne koligacje, byśmy z siostrą wiedziały, kim dla nas była ta osoba, której nazwisko widzimy na grobie. „Musicie to wiedzieć, bo kiedyś mnie zabraknie” – tak mówiła do nas, dziewczynek kilkuletnich, potem nastoletnich. W jakim byśmy nie były wieku, brzmiało to jakoś tak nierealnie. Słuchałyśmy niby uważnie, ale teraz wiem, jak wiele opowieści uleciało…

 

Córeczko, ja umieram…

W tym roku w sierpniu minęło pięć lat od momentu, w którym usłyszałam z ust mojej kochanej Mamy te słowa: „Córeczko, ja umieram. Ja to wiem, czuję. Nie mam już siły”. Siedziałyśmy wtedy przy kuchennym stole, piłyśmy herbatę. A ona zwiesiła głowę i tak cicho to wyszeptała. Gdy na mnie spojrzała, miała w oczach wielkie, gorące łzy. Milczenie. Ciszę przerywało tylko jednostajne, miarowe cykanie zegara odliczającego czas naszego jeszcze wspólnego życia.

Razem z Tatą byliśmy przy jej odchodzeniu do samego końca. Tuż obok. Leżeliśmy razem na dużym łóżku: Tata z lewej, ja z prawej, zaś Mama z rurkami aparatu tlenowego między nami, w środku, by czuła się bezpieczna. A ona w ciemnościach nocy – po ponad ośmiu latach walki – przeszła cicho na drugą stronę. Sama.

Nigdy nie zapomnę jej cudownie i niewytłumaczalnie świetlistej twarzy, pozbawionej rysującego się na niej wcześniej cierpienia. I policzka, który gładziłam powoli, gdy stawał się coraz chłodniejszy. Właśnie ta jasność, którą widziałam, utwierdza mnie w tym, że odchodzimy w światłość i coś pięknego. Nie może być inaczej. Tam się spotkamy.

 

Dzień Zaduszny. Czas na odwiedziny

Te ostatnie dni z Mamą, w których brałam udział, były jednym z najważniejszych doświadczeń w moim życiu. Czas bardzo trudny, ale zarazem niezwykły, który bez wahania traktuję jako cenny dar. Doświadczyłam i doświadczam tego, że łącząca mnie z Mamą więź wcale nie została zerwana w momencie jej śmierci. Dalej się plecie, tylko w inny sposób. Czuję na co dzień jej obecność. Przypominam sobie jej słowa, wypowiedziane w jednej z naszych ostatnich rozmów przez łzy: „Myszeczko, ja też będę za Wami bardzo tęskniła”. Tęskni. Jest.

To już szóste listopadowe święta bez Mamy. Daję się przez chwilę porwać wlewającej się przez cmentarną bramę rzece ludzi. W dłoniach niezliczone siatki z kulami barwnych chryzantem, brzdękające znicze, wieńce z iglastych gałązek. Ogromne bogactwo ozdób, wstążek, kwiatów, kolorów.

To czas na odwiedziny. Jeszcze tylko odnalezienie dobrego adresu – numeru wiecznego mieszkania: alei, rzędu albo nieco tajemniczego „XIV, 4”, „A3 tuje” lub „284a Wprost”. Czy gdyby ktoś wszystkowidzący spojrzał na nas z góry, dostrzegałby w tej cmentarnej przestrzeni niezwykłe przenikanie żywych i zmarłych? Przemieszani. Współobecni.

 

Na cmentarzu naśladuję kroki Mamy

Dopiero po odejściu Mamy zdałam sobie sprawę, jak blisko są ci, których nie ma już z nami na tym świecie. Przecinamy codziennie zostawione przez nich ślady, powtarzamy gesty, które oni robią razem z nami – już niewidzialni.

Na cmentarzu naśladuję nieświadomie kroki Mamy. Tyle razy szłyśmy tymi alejkami. Łapię się na tym, że teraz tak, jak ona układam gałązki świerku na grobie pradziadków, wybieram podobne naturalne wianuszki i małe chryzantemy, które by jej się spodobały. Uczyła mnie tego. Teraz jestem jej rękami. Robimy to razem.

Tak jest też na co dzień. Zabrałam z rodzinnego domu duży, granatowy brulion, który był dla Mamy skarbnicą sprawdzonych przepisów. Równe, okrągłe, staranne literki pisane jej ręką. Gdy wyrabiam kruche ciasto z jednej z zapisanych receptur, prawie czuję, że dotykamy swoich dłoni zanurzonych w mąkę, a potem razem wyklejamy ciasto w prostokątnych foremkach. „Ma być cienko, jak najcieniej” – za każdym razem w głowie słyszę głos Mamy – a moje dłonie automatycznie powtarzają jej gesty. Śledzę je w pamięci.

Wystarczy jeden impuls, skojarzenie, a rozwiązuje się worek ze wspomnieniami. Kiedyś moja siostra pogładziła mnie po włosach i powiedziała mimochodem: „Zupełnie jak Mamy”. Ruszyły obrazy. Byłam w łazience i suszyłam Mamie włosy. Zawsze prosiła mnie o pomoc, gdy nadarzała się taka okazja.

A potem kolejny obraz: widziałam jej śmiejące się oczy, gdy dostrzegła, jak po chemii odrastają jej – mającej zawsze włosy proste, choć podatne na kręcenie – istne baranki, gęste loczki przetykane nitkami siwizny. Ależ się z tego cieszyła!

 

Gdzieś pod powiekami widzę uśmiech Mamy

Biały kwadratowy obrus, z malowanymi ręcznie kilkoma czerwonymi i niebieskimi kwiatami. Odkąd pamiętam, leżał na dnie szafy. Mama czekała nieustannie z jego użyciem na jakąś bardzo specjalną okazję. Był to jeden z jej „posagowych” zakupów – troskliwie przez lata chronionych. Jutowy sznureczek, do którego przyczepiona była metka Cepelii, odcięłam pięć lat temu, gdy obrus trafił do mnie w czasie porządków w maminych szafach. Wyłowiony z ciemności tak bardzo cieszy oczy. Gdy teraz siedzę przy naszym stole i dotykam dłonią jego gładkiej faktury, od razu gdzieś obok obecna jest ona. „Mamo – i co, nie jest piękny?”. Gdzieś pod powiekami widzę wtedy jej uśmiech.

Kilka tygodni temu czytałam siostrzenicom bajkę na dobranoc. Moja siostra przyniosła blok rysunkowy, podała mi go do ręki i szepnęła: „Zobacz i przeczytaj im to”. Otworzyłam okładkę. A tam odręcznie, kredkami narysowana strona tytułowa: „Gumka, pędzel i ołówek, czyli dalszy ciąg wędrówek”. Przewracałam kartki, a każda z nich była wierną kopią kolejnych stron tej książeczki, którą Mama tak lubiła nam czytać, gdy my byłyśmy małe. Równe literki pisane ręką Mamy, rysunki kolorowane przez nią kredkami…

Zupełnie zapomniałam o tej historii. Pewnego dnia Mama odkryła, że zapakowane przez nią wiele lat temu do kartonu i wyniesione do piwnicy dziecięce książeczki nie przetrwały próby czasu. A plan był piękny – przydadzą się wnukom. Wtedy właśnie przystąpiła to tej pracy. Jej bezcenny efekt trzymałam teraz w dłoniach. To tak, jakby siedziała w tym dziecięcym pokoju ze swoimi wnuczkami, z których dane jej było poznać przez krótką chwilę tylko jedną. Mama była tak bardzo obecna w tym, co miałam przed oczami. Czytała książeczkę swoim wnuczkom – ja byłam jej głosem.

Namacalnie jej nie ma, ale często czuję, choć nie umiem tego wytłumaczyć, że jest we mnie. Gdy zerkam w lustro, widzę jej oczy i spojrzenie. Niektóre moje gesty są jej gestami. Mamy to samo imię. Towarzyszy mi. Niosę ją w sobie. Wspominam. Opowiadam. Uobecniam.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail