Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Ktoś wpadł Ci w oko w kościele? Poszukaj go w sieci!

Philippe Lissac / Godong / Leemage
Udostępnij

Robienie z kościoła przestrzeni do matrymonialnych obserwacji budzi kontrowersje.

Zjawisko, o którym opowiem, zapewne nie będzie Państwu obce. Dam głowę, że każdy z Was chociaż raz z błyskiem w oku przyjrzał się reprezentantowi płci przeciwnej w kościele. Pomyślał sobie: „ok, fajny, może i miły, żony i dzieci wokół nie widać, ale jakoś tak wstyd zagadać.” I zanim przyszedł moment na większy przypływ odwagi, reprezentanta nie było, bo już gdzieś znikał za filarem. Innym razem ktoś spotkał na mszy osobę, którą znał dość mało i na jej widok zapałał sporą sympatią: „Niby w pracy się tej Kaśce specjalnie nie przyglądałem, ale jak tak stoi i się modli, to całkiem fajna z niej babka”.

Nie dziwi nikogo urodzaj portali randkowych dla chrześcijan, czy imprez dla katolickich singli.  Co złego jednak by się stało, gdybyśmy zamiast szukać mężczyzny, który dałby się zawieść przed ołtarz, spróbować go spotkać bezpośrednio tam?

Spotted to pewne (nie takie młode zresztą) miejsce w sieci, które może nam pomóc ten problem rozwiązać. Jego ideą jest nie tyle poszukiwanie bratniej duszy, co odnalezienie konkretnej osoby, która wpadła nam w oko w przestrzeni publicznej. Strony znane początkowo jako miejsca ogłoszeń dla użytkowników bibliotek, komunikacji miejskiej, kin czy knajp, kilka lat temu doczekały się również swojej świątynnej wersji. Obecnie zamiast zagadywać kogoś, kto zasiadł obok w kościelnej ławce, możemy zapamiętać, jak wyglądał, a potem jego opis wrzucić do sieci z prośbą, żeby się odezwał.

Mimo czasem lakonicznych wyznań (typu „Miałaś buty, spodobałaś mi się, zadzwoń) Spotted, również ten kościelny, potrafi wciągać. Nigdy bowiem nie dowiedzielibyśmy się, jak romantyczne potrafi być słynne pokolenie Y, gdyby nie tabuny użytkowników czytających ogłoszenia („a nuż, a nuż wreszcie będzie o mnie”) i je dodających.

Fajny pomysł? Nie wiadomo. Sceptyczni uznają go po prostu za brak odwagi albo bardziej urozmaiconą wersję Tindera (wprawdzie nie segregujesz tu zdjęć kandydatów na tych bardziej atrakcyjnych i mniej, ale jednak hołdujesz pierwszemu wrażeniu).

W dodatku robienie z kościoła przestrzeni do matrymonialnych obserwacji budzi kontrowersje lub śmiech – uderza wszak w dość drażliwy obszar naszego chrześcijańskiego wychowania. Który bowiem katolik wyzna odważnie drugiemu katolikowi, że podczas mszy – zamiast Najświętszej Ofiary – dużo bardziej interesowała go uroda tegoż katolika?

Dla innych Spotted to jednak wykorzystanie współczesnych możliwości, znak czasów albo druga szansa, kiedy ktoś spektakularnie zaprzepaścił pierwszą. Potencjalnie romantyczny pomysł na rozwinięcie znajomości – przy założeniu oczywiście, że setki innych osób nie wpadły w tym samym czasie na to samo.

Zresztą skoro coś na rynku wykwita (i w dodatku po chwili nie ginie) – znaczy, że trafiło w lukę. A skoro była luka, musiała być też potrzeba. Kto wie – może podatnym gruntem było – wciąż u nas mało rozwinięte – poczucie chrześcijańskiej wspólnoty, bo „przekazanie komuś znaku pokoju” to często tylko ukłon do torebki? Że po mszy nikt ze sobą nie gada, tylko zbiera krewnych i pędzi na obiad, podczas gdy do bycia razem zwyczajnie nie wystarcza krótkie stanie obok siebie?

Takie sugestie podrzucają administratorzy kilku z wyżej wymienionych stron. Lecz zapytani o efekty, nie potrafią wskazać konkretnych statystyk.

– Ile osób trafia na tych, których szuka, nie wiemy – mówią. – Tym bardziej, ile fajnych związków rodzi się z takich zauroczeń. Wiemy jedynie, że strona cieszy się ogromnych zainteresowaniem i często jeśli zamiast poszukiwanej osoby zgłasza się ktoś inny, to i tak spełniamy swoją rolę. Ludzie się po prostu poznają i na kolejnych mszach nie są już tak samotni. Niektórzy śmieją się z singli, którzy chwytają się brzytwy, żeby uciec od samotności. My ich podziwiamy. Bo nie ma nic gorszego, niż być poszukującym i jednocześnie biernym – wyjaśniają.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail