Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

„Małe Auschwitz”. Potworne miejsce dla dzieci w okupowanej Łodzi, o którym mało kto wie

EAST NEWS
Udostępnij

Podczas niemieckiej okupacji w Łodzi działał obóz koncentracyjny dla dzieci – prawdopodobnie jedyny w Europie w okresie II wojny światowej.

Nikt nie chciał trafić do „szczyli”

Na zdjęciach z obozowego archiwum widać spokojne, czasem nawet uśmiechnięte dzieciaki stojące z rzędach. Na niektórych fotografiach mają one nawet zimowe ubrania. Wspomnienia osób, które były w dzieciństwie więzione w łódzkim obozie, nijak nie przystają do tych obrazków.

W opowieściach dawnych więźniów, ale też w zachowanych listach do rodzin, kluczowe słowo to głód. Dzieci dostawały dwie kromki chleba i miskę wodnistej zupy dziennie. Szukały więc rozpaczliwie czegoś do zjedzenia – wrzucały do zupy owady, jadły trawę i liście, próbowały ukraść coś z obozowej kuchni. Za takie „przestępstwa” były surowo karane.

Największy postrach budził budynek, do którego trafiało się za zmoczenie łóżka. Ponieważ dzieci żyły w traumie i były wiecznie przemarznięte, wiele z nich moczyło się w nocy. Ogromnie to denerwowało obozowych „wychowawców”. Ponieważ bicie nie pomagało, zorganizowano dla tych dzieci osobny oddział.

Racje żywnościowe – i tak przecież niewystarczające – były tam zmniejszone o połowę. Na pryczach nie było materacy, tylko cienkie koce do przykrycia. Spało się w ubraniach. Przemoczone deski gniły i potwornie cuchnęły. Dzieci popadały w otępienie, często chorowały i umierały. Jęki konających nie pozwalały zasnąć. W jednym z listów zachowało się wspomnienie o chłopcu, który był w takim stanie, że jego ciało gniło jeszcze przed śmiercią, a kiedy przyszła nadzorczyni i kijem podniosła koc, razem z kocem oderwała się przyschnięta, zaropiała skóra. Nikt nie chciał trafić do „szczyli”.

Natomiast każde dziecko marzyło o tym, żeby pojechać do Dzierżąznej k. Zgierza, gdzie mieściła się filia obozu. Było tam gospodarstwo, które zaopatrywało obóz w Łodzi w żywność. Racje żywnościowe były tam większe, a warunki lepsze. Niestety, mogły tam pracować tylko najstarsze dziewczęta.

 

Łodzianie nie wiedzieli o obozie dla dzieci

Już w czasie okupacji niewielu mieszkańców Łodzi o nim wiedziało. Obóz został zorganizowany wewnątrz murów getta i oddzielony od niego wysokim drewnianym parkanem.

Tuż po wojnie parkan i większość drewnianych budynków rozebrano (m.in. na opał), a kilka lat później powstało na tym terenie osiedle mieszkaniowe. W 1945 r. dwoje „wychowawców”: Sydomia Bayer i Edward August zostało skazanych na karę śmierci. Natomiast jedna z nadzorczyń – Eugenia Pohl (po wojnie zmieniła nazwisko na Pol) mieszkała w Łodzi i pracowała w przedszkolu aż do 1974 r., kiedy to rozpoznał ją w kolejce do sklepu jeden z byłych więźniów. Została skazana na 25 lat więzienia, wyszła na początku lat 90. i zmarła w 2003 r. w Łodzi.

 

Strony: 1 2

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail