Aleteia

Kiedyś się kochaliśmy, teraz mamy siebie dość. Jak nie zniszczyć naszego małżeństwa?

Udostępnij

Podstawą każdego sporu jest w gruncie rzeczy błędna komunikacja. Każde małżeństwo potrzebuje stworzyć swój własny, unikalny język, dzięki któremu ma szansę się porozumieć.

To ten dzień, ich Wielki Dzień! Piękni, podekscytowani, zestresowani, ale szczęśliwi jak nigdy, stają przed ołtarzem. Składają przed Bogiem i światem przysięgę. A potem? Żyją długo i szczęśliwie! Póki śmierć ich nie rozłączy. Albo rozwód.

 

To nie bajka

Co się dzieje, że ci sami ludzie, którzy szczerze przecież wyznawali sobie miłość, po kilku, kilkunastu latach są na siebie „uczuleni”? Pewnie powodów tyle, ile historii takich rozbitych małżeństw. Myślę, że mając świadomość paru mechanizmów, łatwiej jest temu zapobiec.

Przede wszystkim każdy z nas, wychodząc ze swojego domu, bierze ze sobą z niego bagaż. Torby i walizki przyzwyczajeń, reakcji, pomysłów na spędzanie wolnego czasu czy sposobów rozwiązywania konfliktów. Truizmem jest powiedzieć, że się różnimy, a jednak wciąż te różnice nas zaskakują, a nawet te, co przed małżeństwem wydawały się atrakcyjne, po ślubie mogą irytować. Każdego z nas wychowywano inaczej, a to, co „wgrali” nam nasi rodzice, jest bardzo silne. Jednak jest nadzieja! Czy chodzi o przysłowiowe skarpetki, czy o znacznie bardziej ważkie sprawy, cokolwiek jest przyczyną konfliktu, można przecież to przezwyciężyć! Tylko jak? Wierzę, że kluczem jest rozmowa.

Podstawą każdego sporu jest w gruncie rzeczy błędna komunikacja. Każde młode małżeństwo potrzebuje stworzyć swój własny, unikalny język, dzięki któremu ma szansę się porozumieć. Zrozumieć, co za słowami czy zachowaniami, które czasem ranią, rzeczywiście się kryje. Jakie były prawdziwe intencje. Odkrywanie tego w emocjach jest bardzo trudne, nauka porozumiewania się nie dzieje się z dnia na dzień, ale przecież w małżeństwie mamy dokładnie całe życie, żeby się tego nauczyć.

 

Triki

Pomóc może kilka prostych trików i ustalenie jasnych zasad na nasze „sparingi”. Przede wszystkim, mimo że jest to czasem bardzo trudne, nie przerzucajmy się pretensjami i oskarżeniami. Kładźmy nacisk na mówienie o tym, jak się poczuliśmy, a nie, co ta druga osoba mi zrobiła. Warto „zakazać” używania – tu szczególnie kobiety mają problem – krzywdzących uogólnień, typu „zawsze, nigdy”.

Niby to oczywiste, że trudne rozmowy przebiegną w znacznie lżejszej atmosferze, jeśli nie będą przerywane telefonami, nie będą odbywać się w pośpiechu, a jednak warto przypomnieć sobie o tym i postarać się spokojnie usiąść naprzeciwko siebie, spojrzeć sobie w oczy.

Jeśli to nie pomoże, to dobrym pomysłem – i to właśnie wtedy, gdy emocje sięgają zenitu – jest… położenie się razem do łóżka. Nie wiem jak, ale to naprawdę działa! Leżąc, nie da się na siebie krzyczeć. Całe ciało i nasz głos naturalnie się wtedy wycisza.

Warto też sięgać po dobrą, małżeńską literaturę, bo choć może wiele wiemy, to wiele też zapominamy. Nawet gdy nic w takiej książce nie będzie odkrywczego, wciąż na nowo trzeba sobie przypominać i odświeżać to, co może nam pomóc być ze sobą szczęśliwymi.

 

Czas czy pieniądz?

Praktyka czyni mistrza, a więc, żeby poprawnej komunikacji ze współmałżonkiem się nauczyć, trzeba… rozmawiać. Przed ślubem wydaje się, że tego czasu na rozmowę będzie po wspólnym zamieszkaniu więcej, że w końcu „się nagadamy”, będziemy przecież tyle czasu spędzać ze sobą. I rzeczywiście, pierwszy rok wspólnego mieszkania to dużo rozmów, dyskusji i całe mnóstwo spięć, bo właśnie wtedy najwięcej tych różnic i nieporozumień wychodzi.

To początek. Gdy już trochę okrzepniemy, jest coraz lepiej. Już siebie oswoiliśmy, przyzwyczailiśmy do pewnego rytmu. Przecież to świetny etap w życiu, około 30-stki, świat stoi otworem. Przychodzi czas na dziecko. Może nawet drugie? Pojawia się ciekawa oferta pracy, lepiej płatna, ambitniejsza, trzeba skorzystać. W nowej pracy trzeba się pokazać, zostawać na początku trochę dłużej, dać się poznać, zauważyć. Lepsze zarobki pozwalają w końcu dostać kredyt na mieszkanie. Po pewnym czasie to dłuższe zostawanie staje się codziennością, bo przecież nie obniżysz normy, którą wyrabiasz, pokazałeś się z dobrej strony, nie możesz teraz zwolnić tempa, zmniejszyć efektywności, w końcu masz kredyt i rodzinę na utrzymaniu. Pracy coraz więcej, zobowiązania wiszą nad głową.

Po powrocie do domu oboje chcą tylko odpocząć, ale… dzieci domagają się uwagi, brudne koszule prania, a sąsiad pyta, kiedy w końcu przyjdziesz na spotkanie wspólnoty mieszkaniowej. Jeśli w ogóle zostaje te pół godziny wieczorem, najłatwiej jest wyłączyć swój mózg jakimś serialem.

Przed snem jeszcze parę słów ze współmałżonkiem, ustalenie kto, na którą i gdzie zawozi jutro dzieci, kto odbierze je ze szkoły. I samo w sobie nie jest to złe – miłość małżeńska jest dojrzalsza, nie wymaga co chwilę wielkich uniesień, nie żąda dowodów. Jest silniejsza i znacznie więcej zniesie. Tylko gdzieś w całym tym młynie, te „dowody” mogą w ogóle zniknąć, bliskość ostygnąć, a wtedy bardzo łatwo wkrada się do małżeństwa zwyczajna samotność.

Trzeba pamiętać, po co się to wszystko robi, trzeba walczyć o czas dla siebie świadomie. Może niekiedy lepiej mieć mniej, żeby zyskać więcej? Albo chociaż żeby nie stracić tego, na czym naprawdę nam zależy. Może warto poprosić dziadków o weekend bez dzieci, a może po prostu wyznaczyć sobie regularnie dzień, kiedy kosztem snu czy serialu usiądziemy i będziemy tylko dla siebie.

Okazujmy sobie miłość, walczmy o każdy mały gest. Karteczka na lustrze, drobny upominek, przytulenie w trakcie zmywania, czy krótki SMS – wszystko się liczy, wszystko to buduje, wzmacnia. Mamy wpływ na to, jak wygląda nasze małżeństwo! Ale uwaga, nie wszystko zależy tylko od nas. Dlatego właśnie małżeństwo jest sakramentem! Niech to będzie naszą siłą i nadzieją, w zdrowiu i chorobie, na dobre i złe.