Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail
Aleteia

Romantyczna historia żony marynarza. „Na takiego mężczyznę można czekać”

Udostępnij
Komentuj

Kiedyś nie wyobrażała sobie związku z młodszym od siebie przyjacielem. Teraz wiernie czeka na niego, gdy on wypływa na kilka miesięcy w morze. Oczekiwanie to drugie imię ich małżeństwa.

 

Kiedy myślę o Adwencie, w głowie od razu zapala mi się lampka z napisem „czekanie”. Czeka się na narodziny dziecka, spóźniony autobus i wieczorne wytchnienie po ciężkim dniu. Na brzask słońca zwiastujący nowy dzień i na koniec świata.

Można jeszcze czekać na męża

Mikołaj, mąż Angie jest teraz w Singapurze. To oficer mechanik wachtowy. Pływa na tankowcach. Kocha, to co robi – maszyny wielkości małych domków rodzinnych to jego pasja. Wyjeżdża na cztery miesiące, a potem wraca do domu na następne cztery, chociaż może zrobić sobie nieco dłuższą przerwę. Jak wtedy, kiedy Angie źle znosiła ciążę. W morze wypłynął ponownie kiedy Zosia, ich córeczka, skończyła dwa miesiące. Teraz mała ma 1,5 roku, a on zaczął kolejny rejs. Wróci w marcu następnego roku…

Kobieta mówi, że czekanie to drugie imię jej małżeństwa. To trochę paradoksalne, że ona teraz tak wyczekuje jego powrotów z rejsu. W końcu on czekał na nią tyle lat. Ironia losu. Angie jest starsza od Mikołaja o trzy lata. I to dlatego zawsze traktowała go jak kolegę, kumpla. Kiedy w wieku 14-lat powiedział jej, że chce z nią iść przez życie, uśmiechnęła się z niedowierzaniem. I poleciła, aby zachował takie wyzwania dla kogoś wyjątkowego. On zrezygnowany odwrócił się na pięcie i rzucił pod nosem: „I tak będziesz moją żoną”.

Angie długo się opierała. W końcu miała swoje wyobrażenia na temat tego „jedynego”. Musiał być przede wszystkim starszy, bo w partnerach dziewczyna z rozbitej rodziny podświadomie szukała taty. „Od kolegi skinheada z liceum po studenta medycyny” – wspomina. Obiekty westchnień się zmieniały czasem raniąc Angie. Tylko „kolega” Mikołaj zawsze był obok. „Czekał, pocieszał, rozmawiał, rzucał wszystko i przybiegał, gdy go potrzebowałam”.

Boski humor

Zmienił image, ściął włosy. Angie czasem dawała mu się zaprosić na „randkę”, ale… zawsze przerażał ją wiek Mikołaja. „W głowie kołatała mi myśl, że ojciec też był młodszy od mamy, a ona nigdy nie mogła na nim polegać” – wspomina smutno. „Dlatego modliłam się o mężczyznę starszego, silnego i mądrego, który nie zostawi mnie choćby na sekundę. Chciałam, żeby moje dziecko, w przeciwieństwie do mnie, miało tatę” – opowiada kobieta i już ze śmiechem dodaje, że nie dość, że Bóg dał jej młodszego męża, to jeszcze w dodatku marynarza.

Ale zanim ślub, to jeszcze studia Angie w Warszawie, później rok w Anglii. I studia Mikołaja na Akademii Morskiej w Gdyni. „Ja go na nie namówiłam. Myślałam, że jak wypłynie w morze, to wsiąknie. Znajdzie kogoś w swoim wieku, kogoś ciekawszego ode mnie, bez związkowej przeszłości. Ciągle siedział we mnie lek przed związaniem się z młodszym mężczyzną” – przyznaje.

Kiedy Angie odprowadziła Mikołaja na pociąg do Gdyni, życzyła mu szczęścia. „Będzie nas dzielić 400 km, to nie wypali”. On się zdenerwował. Ale powiedział, że i tak będzie czekał.

I czekał. Chociaż ona ograniczyła kontakty. On miał czas dla siebie – nowe miasto, nowe środowisko, nowe życie, a ona nowych partnerów, w których usilnie szukała ojca. Zranienia, rozstania, niespełnione oczekiwania i pragnienia… Angie nie wytrzymała, coś w niej pękło. Zadzwoniła do Mikołaja, całą noc przepłakała do słuchawki. On wsiadł w najbliższy pociąg i przyjechał. A zamiast przytulić – pierwszy i ostatni raz w życiu nakrzyczał. „Mnie możesz ranić, ale nie rań siebie samej, bo tego nie zniosę” – powiedział. I dał jej kilka godzin, jakie zostały do wyjazdu na zastanowienie się – będzie z nim, mimo odległości i różnicy wieku, czy definitywny koniec, bo on dłużej nie zniesie tego, jak ona pozwala się innym traktować.

Trzy lata później Mikołaj oświadczył się Angie. Wkrótce był ślub, a później na świecie pojawiła się Zosia.

Łazienkowy kalendarz i całus dla taty

„Samo czekanie nie jest straszne, a nawet może być przyjemne. Planuję wtedy przyszłość, określam cele. Nie mam też problemów ze znalezieniem sobie zajęć. Podczas ostatniego rejsu na drzwiach łazienki kredą namalowałam kalendarz. Codziennie odliczałam dni do powrotu” – wspomina Angie.

Takie planowanie jest ważne też dla Mikołaja, któremu łatwiej po powrocie „przestawić się” na normalny tryb bycia mężem i ojcem. „Wielu kolegów męża nie planuje powrotów i nie radzi sobie z rzeczywistością. Już po miesiącu wracają na statek, bo nie potrafią znaleźć sobie miejsca w domu, nie mają, co robić. Przy moich planach i pomysłach Mikołajowi to nie grozi” – śmieje się Angie.

Ale łatwo nie jest. Szczególnie małej Zosi, która coraz więcej rozumie. Wystarczy, że ktoś zapuka do drzwi albo zadzwoni telefon, a ona z radością biegnie i krzyczy „tata”. Kiedy tylko dostrzeże ślubne zdjęcie rodziców na ścianie w korytarzu, z radością posyła tacie buziaczka. „Tak, jak my umiemy, a nawet lubimy na siebie czekać, tak nasza córka tego nie rozumie” – przyznaje Angie. I dodaje, że ten rejs będzie już raczej ostatnim wyjazdem Mikołaja. O ile tylko uda mu się rozkręcić firmę tu na miejscu.

Ruchome święta

Kobieta dodaje jednak, że nie wyobraża sobie, aby miała wymusić na Mikołaju porzucenie pływania. To go spełnia, a „szczęśliwy i spełniony mężczyzna to najpiękniejszy fundament rodziny”. Ale Mikołaj sam czuje, że Zosia go potrzebuje. I chce zrobić wszystko, by przynajmniej do momentu, aż dziewczynka podrośnie, nie wracać na statek.

Trwa Adwent. I Angie też ma swój „adwent”, który potrwa aż do marca. Czekanie wykorzystuje na przygotowanie się do spotkania. Wybiera miejsca, w które pojadą z mężem. Pracuje też nad sobą, bo komunikacja na odległość wymaga wiele dobrej woli i cierpliwości. To ich wspólne życie to w ogóle jest jedno wielkie czekanie, bo kiedy Mikołaj już wróci do domu, to gdzieś z tyłu głowy zaczyna się odliczanie do wyjazdu. I podskórne czekanie na telefon, że to już, że pogoda nie taka, że zmiennik uszkodził sobie oko. Samolot następnego dnia.

Za to każdy powrót jest jak święto. A ważne święta można czasem „poprzesuwać”. Jak z pierwszymi urodzinami Zosi, które nie mogły się odbyć bez taty, więc świeczkę na torcie zdmuchnęła już 16-miesięczna dziewczynka. „To prawda, nasze życie rodzinne jest w zawieszeniu, ale kiedy już jesteśmy razem, celebrujemy każdą chwilę” – przyznaje kobieta.

Czy czekanie coś wnosi w małżeńskie życie? „Wiele dobrego. Uczy zaufania, cierpliwości, wierności. I nie pozwala na nudę. Co cztery miesiące odkrywamy się na nowo” – wylicza Angie. I dodaje, że na takiego mężczyznę warto czekać.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail