Przejdz do tresci glownej

„Jestem tylko grzesznikiem, który wie, że nie zdradzi swojego Mistrza”. Niezwykła historia pewnego więźnia

4 min czytania
Nicolae-Steinhardt.jpg

Autor: Wikipedia/ Canva

Chrzest w celi numer X. Bez kadzidła. Z Bogiem pośrodku betonu

TODO MESSAGE :

Cela w Jilavie była wilgotna, przeludniona i głośna. Zapach potu, strachu i braku nadziei wisiał w powietrzu. A jednak właśnie tam — 15 marca 1960 roku — wydarzyło się coś, co Nicolae Steinhardt nazwie później najczystszym momentem swojego życia.

Poprosił o chrzest.

Nie w katedrze. Nie w ciszy klasztoru. W celi więziennej, pełnej ludzi złamanych przez system.

Chrzcił go prawosławny mnich Mina Dobzeu. Świadkami byli inni osadzeni: dwaj księża rzymskokatoliccy, dwaj greckokatoliccy i pastor protestancki. Ekumenizm nie z deklaracji. Z konieczności. Z prawdy.

Syn żydowskiego inteligenta i chłopak, który siedział w jednej ławce z Eliadem

Nicolae Steinhardt urodził się w 1912 roku w Bukareszcie, w zasymilowanej żydowskiej rodzinie. Ojciec — Oscar — był dyrektorem fabryki mebli, człowiekiem zasad. Nicolae dorastał w świecie książek, rozmów, intelektualnych sporów. W szkolnej ławce siedział obok Mircei Eliadego. Obaj byli prymusami.

Już w latach 30. Steinhardt był obecny na najważniejszych salonach intelektualnych Rumunii. Pisał eseje, w tym „Esej o katolickim pojmowaniu judaizmu” — tekst, który pokazuje, że pytania o chrześcijaństwo zadawał sobie na długo przed więzieniem.

Jedno słowo, które kosztuje wszystko

31 grudnia 1959 roku Securitate wezwała go na przesłuchanie. Zaproponowano „współpracę”: miał pomóc w sformułowaniu aktu oskarżenia przeciwko innym bukareszteńskim intelektualistom. Jeśli odmówi — sam zostanie oskarżony. Dano mu kilka dni na namysł.

Poszedł do ojca.

Oscar Steinhardt nie mówił długo. Powiedział tylko tyle, ile trzeba: "jeśli się zgodzisz — w dzień będziesz miał spokój, ale w nocy nie zaśniesz. Jeśli odmówisz — w dzień będziesz cierpiał, ale w nocy zaśniesz snem sprawiedliwego".

4 stycznia 1960 roku Nicolae wyszedł z domu. Ojciec odprowadził go spojrzeniem i jednym zdaniem:
— Nie przynieś mi wstydu.

W czasie późniejszych przesłuchań Steinhardt zrozumiał coś, co zapisał wiele lat później w „Dzienniku Szczęśliwości”: że największym niebezpieczeństwem nie jest brutalna przemoc, lecz subtelne rozumowanie, które pozwala zdradę nazwać rozsądkiem.

Dlatego nie szukał wykrętów. Nie budował skomplikowanych uzasadnień. Oparł się na jednym, naiwnym, „wojskowym” przepisie, który nie zna niuansów.

„Jestem tylko biednym grzesznikiem, który nie zna przyszłości, ale który wie, że nie zdradzi swojego mistrza.”

Jedno słowo: nie.
Resztę — jak pisał — przyjął na siebie Bóg.

Więzienie, które przyspiesza myślenie

Jilava. Gherla. Aiud. Najgorsze więzienia Rumunii. Prawie pięć lat.

To tam myślenie przyspiesza. Albo się rozpada. U Steinhardta stało się czymś innym: radykalnym uproszczeniem.

Nie subtelne rozważania. Nie intelektualne gry. Jedno słowo: „nie”.

Później napisze, że Bóg ocalił go właśnie przed „subtelnościami”. Przed sprytem. Przed racjonalizowaniem zdrady — takiej, jakiej dopuścił się Judasz, przekonany, że robi „coś koniecznego dla dobra sprawy”.

Chrzest, który był wyrokiem i wolnością jednocześnie

W marcu 1960 roku Steinhardt wie już, że nie chce dłużej żyć „pomiędzy”. Prosi o chrzest. Wybiera Chrystusa.

Ten moment stanie się osią całego jego późniejszego pisania. Więzienie — miejscem paradoksalnej wolności. Chrześcijaństwo — przestrzenią, która chroni w nim to, co młode, odporne na zgorzknienie, nudę i nienawiść.

Po wyjściu: pisanie jak akt oporu

Wyszedł z więzienia w sierpniu 1964 roku. Publikował, tłumaczył, wykładał. Napisał „Dziennik Szczęśliwości” — książkę, którą Securitate konfiskowała, a on odtwarzał z pamięci. Fragmenty czytało Radio Wolna Europa. Całość ukaże się dopiero po upadku komunizmu.

Dziennik człowieka, który wygrał? Nie, dziennik kogoś, kto nie zdradził.

Mnich na końcu Rumunii

W 1980 roku wstąpił do klasztoru Rohia. Znalazł tam nie Kościół który — mimo grzechów — dał mu schronienie. Zmarł w marcu 1989 roku. Kilka miesięcy przed upadkiem reżimu.

Nie doczekał nagród. Nie doczekał triumfu. Doczekał sensu.

„Moim niewyobrażalnym szczęściem jest to, że uwierzyłem”

W jednym z ostatnich tekstów napisał, że chrześcijaństwo ocaliło w nim zdolność do zachwytu. Do życia bez cynizmu.
Bo — jak cytował Unamuno — wierzyć w Boga to pragnąć, by istniał, i żyć tak, jakby istniał.

Steinhardt tak właśnie żył. Odmówił jednego zdania. Przyjął chrzest w celi. Resztę oddał Bogu.

Tekst powstał na podstawie książki Bogumiła Lufta „Rumun goni za happy Endem” (Wydawnictwo Czarne, 2014).