Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail
Aleteia

Mamo, kocham Cię tak, jak Lewandowskiego!

EAST NEWS
Udostępnij
Komentuj

Czy musi w naszym życiu nastąpić moment konfrontacji z własną matką? Swoistego remanentu relacji, by odkryć kim się jest i dlaczego podejmuje się takie, a nie inne decyzje?

Połowa lat 80-tych. Prowadzi mnie za rękę do gminnej biblioteki, by oddać „pod opiekę” pań wypożyczających dzieciom książki i m.in. organizujących pierwsze eliminacje konkursu „Poeci i pisarze dzieciom”. Wiem, że jest blisko, za kulisami, tuż przy scenie. I przeżywa, chyba bardziej niż ja, wypowiadane przeze mnie kolejne słowa „Entliczek-pentliczek, czerwony stoliczek. A na tym stoliczku pleciony koszyczek…”

Połowa drugiej dekady XXI wieku. Na swoim profilu fejsbukowym wkleja moje zdjęcia i posty dokumentujące audycje.

Mama. Dumna i wspierająca. Nawet jeśli nie wprost. Nawet jeśli na naszym wspólnym koncie zapisały się też kłótnie i przepychanki: „zostaw to, teraz jest czas na naukę”, „nic nie rozumiesz, nie będę taka, jak ty”.

Współczesna psychologia podpowiada: relacja z matką determinuje fortunność związku dorosłego syna z kobietą. Dla córki jest podstawą poczucia własnej wartości. W rezultacie również wpływa na kształt związków, w jakie ta dorosła córka wchodzi.

Czasem ta relacja jest taka, jak u Magdaleny Piotrowskiej, dla której mama była najważniejszym i podstawowym gwarantem tego, że świat jest dobry i że wszystko w życiu ma sens. A do tego ta mama to wiecznie krzątająca się osoba, zajęta dbaniem o innych do tego stopnia, że siebie stawia na końcu „łańcucha pokarmowego”. Ogarniaczka chaosu, przedsiębiorcza, troskliwa, energiczna.

Nic dziwnego, że kiedy Magda dowiaduje się, że matka umiera na raka, jej reakcja to złość na Pana Boga, na naturę, na świat: „Jaki to nietakt ze strony Ziemi, że taka rozmajona, gdy ja potwornym zrządzeniem złego losu tracę mamę, a wraz z nią poczucie bezpieczeństwa, grunt pod nogami, wszelką pewność i ufność względem świata” – czytam w powieści „Jesteś moim niebem”.

Osobista opowieść głównej bohaterki o towarzyszeniu w umieraniu matki, o swoich emocjach, przejściu od niezgody, zapaści, poczucia krzywdy i niesprawiedliwości do wdzięczności i spokoju – jest jak podróż rollercoasterem.

Ta gwałtowna podróż okazuje się konieczna również do uświadomienia sobie, że nie potrzeba legitymacji rodzicielskiej, by móc cieszyć się swoimi życiem, swoimi decyzjami, osiągnięciami. Czy musi w naszym życiu nastąpić moment konfrontacji z własną matką, swoistego remanentu relacji, by odkryć kim się jest i dlaczego podejmuje się takie a nie inne decyzje? Chyba tak.

Zdają się potwierdzać to również historie matek zebrane przez Barbarę Wachowicz. To z „Matek Wielkich Polaków” dowiaduję się, że Stefania z Ciszowskich Sienkiewiczowa kręciła nosem na to, że wymarzona (przez nią) dla syna medycyna zupełnie go nie pociąga. Że Salomei z Januszewskich Słowackiej serce po wielokroć krwawiło, bo jedynak najukochańszy syn oschle i bez wylewności na maminy afekt reagował. A młodzieniaszek Baczyński? Ten dopiero musiał nieźle lawirować pomiędzy zaborczą miłością matki a gorącym uczuciem do swojej żony, Basi. Jak się zastanowić, to podobne sytuacje rozgrywają się w domach tylu współczesnych Kowalskich i Nowaków.

Podobnie jak bohaterka Piotrowskiej dochodzę do wniosku, iż to, że umiem kochać, wykorzystywać swoją życiową energię w 110 procentach, że jestem niecierpliwa, dbam o wszystko i wszystkich wokół, to przecież zasługa mojej mamy.

Znów psychologia mówi: dorastanie to ten czas, kiedy trzeba powiedzieć rodzicom – „dziękuję, tak” i „dziękuję, nie”, idę dalej sam. Dziękuję za naukę wrażliwości, to biorę; dziękuję za doświadczenie nadmierności bądź za niedostatki, to zostawiam. I teraz piszę swoją historię. Biorę za nią odpowiedzialność.

„Dziękuję, nie?” – Henryk Sienkiewicz kategorycznie stwierdza, że doktorem to on się nie widzi. „Dziękuję, tak?” – musiał nadejść czas długoletniej rozłąki, żeby Słowacki wyznał matce: „Jeżeli miałem jakąś poezję w sercu – to ją od Ciebie wziąłem”.

Czasem ta czułość dziecka wobec mamy, docenienie jej starań, uczucia i obecności przychodzi do nas dopiero w kwiecie wieku. Czasem jest spontaniczna i urocza, jak u kilkulatka wykrzykującego: „Mama, kocham Cię tak, jak Lewandowskiego!”. Być może nie tyle konfrontacja z matczyną miłością jest kluczem do naszych życiowych osiągnięć, co wdzięczność za owo uczucie, nawet jeśli niedoskonałe, nawet jeśli go za mało.

Amerykanie mówią, że za każdym sukcesem mężczyzny stoi mądra kobieta. Też mi odkrycie. Za każdym naszym sukcesem – zawodowym, życiowym, emocjonalnym – stoi kobieta: matka.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail