Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Jak reagować na świąteczne pytania: „masz kogoś” czy „kiedy będą wnuki”?

Udostępnij

Co zrobić, by wyjść obronną ręką z typowo świątecznych pytań rodziny („masz kogoś?”, „kiedy będą wnuki?”) i własnych („jak przetrwać?”, „kiedy spędzę święta z własną rodziną?”).

Coraz bliżej święta. To nie są żarty ani wyścigi z „Last Christmas”. Już tylko kilka dni do Bożego Narodzenia, które bywa dla singla czasem niełatwym, to jest odpowiedni czas na przygotowanie prewencyjnego oręża. Gdyż może nie zdarzyć się cud i przyjdzie mu/jej stanąć w ogniu corocznych dociekań.

Oprócz pytań rodziny – „masz kogoś?”, „kiedy będą wnuki?”, „Ty chyba za bardzo wymyślasz…” mogą się pojawić pytania własne. „Jak przetrwać?”, „kiedy spędzę święta z własną rodziną?” i „gdzie by tu wyjechać…?”.

Tak się zastanawiam, po co to wszystko? A gdyby tak w tym roku darować sobie te standardowe znaki zapytania? Po prostu być. Być sobą. Do świąt, w święta i po świętach. Tylko co to znaczy być sobą? Kim jestem tam w środku, pod warstwą kamuflaży?

Maski przecież były nieodłącznym elementem mojego życia. Były mi potrzebne, żeby przetrwać, żeby osiągać moje cele. Nakładałam je, bo nie wiedziałam, że można inaczej. Zestresowana szłam przez życie jak przez jeden wielki casting, zastanawiając się czy jestem wystarczająca, żeby wreszcie dostać angaż, najlepiej do jakiegoś love story.

Ten pomysł na życie nie wziął się znikąd. Jestem przecież tym, co jem. Także tym, czym karmię moją głowę. A lubiłam od czasu do czasu obejrzeć komedię romantyczną. Ona samotna i niezauważana, on – ciacho nie z tej ziemi, coś iskrzyło i na koniec, po mniejszych lub większych zawirowaniach happyend, a ja przeżywałam coś niby katharsis. Z policzków ocierałam oczyszczające łzy i po cichu liczyłam na remake ze sobą w roli głównej.

Podobno komedie romantyczne są dla kobiet jak pornografia dla mężczyzn – mają mało wspólnego z rzeczywistością, ale dają złudzenie, że świat taki właśnie jest, a relacje między ludźmi tak wyglądają.

To jak z fastfoodem – apetycznie pachnie, zjadam, bo wygląda przecież jak jedzenie, a potem boli mnie żołądek. Tyle że głowa od obejrzenia filmu nie boli. Więc nie ma alarmu, że nie tędy droga. Boli dopiero za jakiś czas, coś w środku. Bo nie realizują się moje oczekiwania. Tylko czy to są naprawdę MOJE oczekiwania?

Tak się zastanawiam, jakby to było, gdybym w tym roku nie obejrzała ulubionego „Love actually”. Nie poszła do kina na jakiś „Wirujący śnieg” o losach samotników poszukujących ciepła i miłości w święta. Gdybym dała mojej głowie wolne od miłosnych historii… Od utrwalania obrazu lukrowanych idealnych ludzi i hiperestetycznego świata. Może odpadłaby ta maska płytkich tęsknot i zajrzałabym głębiej, zobaczyła czego naprawdę pragnę. Może by się okazało, że ja właśnie potrzebuję brzydala. Albo kogoś zwykłego o dobrym sercu. Może serdecznej i ciepłej przyjaźni, albo że wcale obecności mężczyzny nie potrzebuję.

Może się odważę i zrobię sobie taką „cichą noc” od dzisiaj aż do świąt. Pozwolę sobie na pustynię, bez odpowiadania na pytania i bez pytań do siebie samej, bez przeżywania rozczarowania, że znów nie zrealizuję czyjegoś planu na moje święta. Może w tej ciszy spotkam prawdziwą siebie. I rozpoznam prawdziwy plan dla mnie na to Boże Narodzenie.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail