Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Obecność i pustka. Jan Grzegorczyk wspomina ojca Górę w pierwszą rocznicę śmierci

Jan Góra na pięćdziesięcioleciu kapłaństwa benedyktyna, ojca Karola Meissnera, fot. Dzięki uprzejmości ojców benedyktynów z Lubinia
Udostępnij

Ojciec Jan kochał symbole i po śmierci przychodzi do nas w symbolach, by nam powiedzieć, że nas nie opuścił. Że nadal jest przy nas, na Lednicy, na Jamnej i wszędzie tam, gdzie próbujemy zmagać się z naszymi niemożliwościami.

Rok temu, 20 grudnia pojechaliśmy do Lubinia. Jan Góra na pięćdziesięcioleciu kapłaństwa benedyktyna, ojca Karola Meissnera, miał wygłosić tam kazanie jubileuszowe. Rozpoczął je od komplementów. Mówił, że jubilat jest łysy, niski i nie grzeszy urodą, ale jest szalenie piękny i go kocha. Rozbroił tym wyznaniem cały kościół. Potem wypłynął na głębię. Przywołał zdarzenie, kiedy to próbował się dodzwonić do ojca Karola i znalazł go w kolejce do lekarza, siedział tam już kilka godzin…
– I co ojciec tam robi?
– Modlę się.
– Jak?
– Psalmem. Jestem Twój, zbaw mnie, amen.

Góra wstrząśnięty tym wyznaniem poprosił, a raczej nakazał, na koniec swego kazania,  aby cały kościół powtarzał za nim: „Jestem Twój, zbaw mnie, amen”.

Wszystko zakończył „amen”. Ostatnia Lednica, której scenariusz sam przecież napisał, choć inni go dopełnili, zatytułowana była „Amen”. Kochał symbole, na nich budował swoje wizje, działania. Ci, którym nie odpowiadała jego głębia, nazywali go gadżeciarzem.

Po kazaniu, na dziedzińcu przed kościołem, podszedłem do niego i mówię:
– To było jedno z najpiękniejszych ojca kazań.
– Jaja, sobie robisz, Jasiu…
– Nie, jestem z ojca taki dumny… – odpowiedziałem szczerze.

Oczy mu się zaszkliły. Ostatnimi lata zarzucano mu, że się powtarza, ględzi

Poprosił mnie o ułożenie melodii do wiersza ku czci ojca Karola, który ktoś mu wręczył… Wykonanie tego naprędce skleconego utworu to była zabawa. Nie do opisania w tym krótkim wspomnieniu. Ale ta radość i humor ojca Jana – tego, który nigdy nie chciał być bezwonnym sucharkiem – były niesamowite i… mylące.

A potem poprosił, żebym pojechał z nim na Jamną, na sylwestra.
– Nie mogę, ojcze, jadę do Afryki.
– Po co?
– Zdobywać Margheritę, najcięższą górę w Afryce.
– To na Jamną już nigdy nie dojedziesz…
– Dojadę.

Wymieniliśmy jeszcze parę zdań. Z perspektywy tego, co nastąpiło – dla mnie wstrząsających. I pożegnaliśmy się.

Na drugi dzień zmarł. W czasie rorat odprawianych o osiemnastej w swojej kaplicy „U Pana Boga za piecem”. Odszedł nagle od ołtarza, kazał Eli Drożniewicz popilnować, żeby się coś złego nie stało. Ludzie myśleli, że musiał wyjść do toalety. Dopadł go zawał. Próbował jeszcze wrócić, kaszląc krwią…

Kiedyś jako młody kapłan pojechał do prymasa Wyszyńskiego i w trakcie rozmowy cały czas kaszlał. Prymas spytał, skąd ten kaszel. „To z pasji do Jezusa”. Góra całe życie kaszlał, wszystkich do tego przyzwyczaił.

Do Afryki pojechałem całkowicie nieprzygotowany. Chciałem nabyć kondycji i jakichś podstaw alpinizmu. Nie dało rady. Przez kilka tygodni pisałem teksty o nim. Margheritę zdobywałem przez kilka dni, brnąc przez błota, dżunglę, wspinając się po lodowcach. Przekraczając siebie we wszystkich wymiarach.

Kiedy po zejściu ze szczytu uczestniczyłem we mszy odprawianej przez współuczestnika wyprawy, franciszkanina Marka Warzechę, dotarła do mnie data – 21 stycznia. Zdobyłem górę, o czym nie wiedziałem, dokładnie w miesiąc od śmierci ojca Jana.

Kochał symbole i po śmierci przychodzi do nas w symbolach, by nam powiedzieć, że nas nie opuścił. Że nadal jest przy nas, na Lednicy, na Jamnej i wszędzie tam, gdzie próbujemy zmagać się z naszymi niemożliwościami.

Jest z nami, choć ciągle łzy po nim nie obeschły. Tylu ludzi płakało. Płakał prymas Wojciech Polak, kiedy opowiadał, jak Góra prosił go o Bramę Miłosierdzia na Lednicy, płakał na mszy pogrzebowej jego wielki przyjaciel, biskup Edward Dajczak, i te łzy były najpiękniejszym kazaniem. Ojciec Karol Meissner napisał mi o pustce, w jakiej się znalazł po jego odejściu. To wszystko nie przeczy temu, że swoim odejściem, chciał skierować nasze spojrzenie ku niebu, skąd się do nas uśmiecha. Dekalog ojca Jana działa po jego śmierci.

Tak jak uczył, próbujemy nie żyć dla swojego samopoczucia, tylko dla celów, wznosić się nad naszą malizną i żyć w perspektywie miłosierdzia. Ojciec Jan, choć często się potykał – i do czego sam się przyznawał –  nigdy tej perspektywy nie tracił. Pojednanie i wyżebranie człowieka dla nieba było dla niego celem, za który oddałby wszystko.

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail