Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Boże Narodzenie w domach ateistów? A czemu nie?

Udostępnij

Zamiast zawłaszczać sobie święta, skupmy się, żeby dobrze je przeżyć. Bo Duch tchnie kędy chce – i nam naprawdę nic do tego.

Przypomniał mi się wczoraj żarcik, który w czasach wczesnej młodości uwielbiałam organizować na obozach teatralnych. Wchodziło się do stołówki, gdzie wszyscy jedli obiad, i na cały głos zaczynało śpiewać „Sto lat”. Tak po prostu, bez adresata.

Zgromadzeni, po krótkiej chwili niepewności, podrywali się z krzeseł i – dopiero śpiewając – nieśmiało rozglądali się po sali za jubilatem, którego nijak nie mogli zlokalizować. Ale przerwać było nie sposób.

Organizator zajścia (nim zaśpiewka dotrwała do pytania „a kto?”) podsuwał wtedy pierwsze frazy „Sto lat to za mało” i publiczność gnała z recitalem dalej, po czym sama (jakby z rozpędu) inicjowała pieśń z kategorii dodatkowych – „Niech jej gwiazdka pomyślności…” – z tym, że tu w miejscu żeńskiego zaimka czasami wstawiało się męski, albo profilaktycznie kontaminowało „niech jeeeejmu nigdy nie zagaśnie”.

Pieśń ostatnia okazywała się zazwyczaj istnym strzałem w dziesiątkę, bo entuzjazm zgromadzonych kończył się wówczas dopiero koło osiemnastej zwrotki, co by publiczność zdołała na dobre się wyszaleć, a tożsamość pomysłodawcy – zatrzeć.

I trzeba nade wszystko przyznać – zabawa była przednia.

W latach kiedy to się działo, planowałam wykorzystać tę porywającą anegdotę do stworzenia felietonu na temat mechanizmów konformizmu. Dziś jednak myślę sobie: to jest opowieść o świętach.

O Bożym Narodzeniu, które w społecznym rozumieniu stało się nie tyle świętem religijnym, co rodzinnym celebrowaniem tradycji – czy to wśród osób wierzących, czy to zupełnie nie.

Ten drugi wariant w krótkim czasie do czerwoności potrafi rozpalać co drugiego mojego znajomego – pobożnego katolika. No bo jak to – Boże Narodzenie w domach ateistów? Święta z choinką, opłatkiem i dodatkowym talerzem, ale bez Boga? To przecież hipokryzja, głupota lub cynizm świętować urodziny bez jubilata.

Przyzwyczajeni do tego, że święta mają nam pomóc poczuć się lepiej, co rok wytaczamy odpowiednie działa przeciw kolegom ateistom, chcąc im zakazać spotykania się przy uroczystej kolacji i życzenia sobie paru dobrych rzeczy oraz odebrać prawo do dnia wolnego.

Całego karpia i dwie sałatki oddalibyśmy im celem szybkiego pozbawienia ich przywilejów. Żeby tylko przyznali, że nie są godni obchodzenia świąt „To nasza ciocia ma dziś urodziny, nie wasza – chcemy im powiedzieć – więc się z tego powodu nie cieszcie”. Albo: „Nie dzwoniliście do niej, nie interesowaliście się nią i nie odebraliście jej z lotniska, więc nie macie teraz powodu do organizowania imprezy”).

Tymczasem praktyka moich wakacyjnych żartów wskazuje na zupełnie coś odwrotnego. Wystarczy dosłownie mała (czasem niewiadomego źródła) iskra, żeby obudzić w ludziach naprawdę dobre odruchy, zachowania i emocje.

Żadna ciocia nie obrazi się też, jeśli pretekstem do zrobienia hucznej biesiady w sąsiednim bloku będzie jej przyjazd zza granicy.

Gdyby w dodatku moi współbiesiadnicy z obozów teatralnych świętować mieli już czwartą godzinę, z pewnością spytaliby, na czyją cześć wznosi się nieustanne okrzyki. I może – gdyby jubilat istniał – stwierdziliby, że to świetny gość, skoro zabawa jest tak nieziemska.

Tak samo jest ze Świętami.

Może to naiwne, ale każdego roku niezłomnie wierzę, że z błahego udziału w pasterce (bo rodzina chciała) może kiedyś wyrosnąć płomienne nawrócenie.

Do dziś pamiętam, jak jedna z moich niewierzących znajomych poszła za czyjąś namową świętować Wigilię z ubogimi. Została wcielona do chóru, dostała kartkę z tekstami i przez parę kolejnych godzin śpiewała kolędy, których nigdy wcześniej nie znała. Wieczór przeżyła bez emocji, ale kolędy w głowie jakoś utknęły i kołatały się w niej jeszcze przez kilka kolejnych dni.

Koleżanka – trochę z zafascynowania, a trochę bo miała już dosyć – zaczęła po kolei sprawdzać, o czym właściwie tak ciągle chce jej się śpiewać. Święta dwa lata później obchodziła już jako wierząca.

Nigdy zatem nie wiadomo, kiedy z pustego praktykowania coś się urodzi.

Zamiast więc tracić czas na faryzejskie gadanie, doceńmy, co dobrego dzieje się z ludźmi w czasie Bożego Narodzenia. Ktoś tam się do kogoś uśmiechnie, przez chwilę mniej się liczą konflikty polityczne i nawet zbuntowane nastolatki kontemplują na facebooku każdą chwilę spędzoną nad talerzem domowej zupy.

Zamiast zawłaszczać sobie święta, skupmy się, żeby dobrze je przeżyć. Bo Duch tchnie kędy chce – i nam naprawdę nic do tego.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail