Aleteia

Doktor Helena Pyz. Od prawie 30 lat pracuje wśród trędowatych w Indiach

REPORTER
Udostępnij
Komentuj

Ja im nie niosę pomocy, ja z nimi jestem. Mamy różne korzenie i nie wyznajemy jednej religii, ale stanowimy jedną wielką rodzinę trędowatych.

Trąd w Indiach to coś więcej niż choroba. To stygmat, który sprawia, że jeśli nawet należysz do najwyższej kasty, to – gdy zachorujesz – stajesz się najgorszym, niedotykalnym. Hinduski lekarz nie dotknie trędowatego, by nie stracić innych pacjentów. Nawet hinduski ksiądz ma często opory, by z takimi ludźmi pracować.

„Kiedy ojciec dowiedział się, że wysyłają mnie do Jeevodaya, był przerażony. Powtarzał: wszystko, tylko nie trędowaci” – wspomina ks. Abraham. Mimo lęku pojechał. Opierając się na kulach, wyszła mu na powitanie doktor Helena Pyz. „Pomyślałem, że skoro ta niepełnosprawna kobieta z dalekiej Polski przyjechała do tych ludzi, jak ja mogę uciec?”

Doktor Helena prawie trzydzieści lat pracuje wśród trędowatych. Nie było to marzenie jej życia. O trądzie wiedziała tyle, co wyczytała w encyklopedii. Jednak słowa usłyszane na imieninach koleżanki o tym, że niedługo kilka tysięcy ludzi zostanie bez opieki, ponieważ pomagający im kapłan, a zarazem lekarz Adam Wiśniewski umiera, głęboko zapadły jej w serce. To było jedno z tych spotkań, które zmieniły jej życie.

Kiedy zachorowała na chorobę Heinego-Mediny, miała 10 lat. Po żmudnej rehabilitacji pozostało porażenie nogi i nieodłączne kule, które teraz zastępują wózek inwalidzki. Miesiące spędzone w szpitalu, rehabilitacja i kolejne pobyty w sanatoriach sprawiły, że zafascynowała się pracą lekarzy. Te spotkania ukazały jej drogę pierwszego powołania: medycynę.

Na studiach spotkała żywego Boga. Odkryła Go na kartach Ewangelii, którą przeczytała od deski do deski. Odkrywcze były słowa: „Królestwo Boże rośnie w tobie. Nawet nie wiesz jak to się dzieje, obyś tylko nie opóźniał jego wzrostu”. Powtarza, że od człowieka zależy jedynie to, by Bogu pozwolił rosnąć w sobie.

Kolejne spotkanie zaprowadziło ją do Instytutu Prymasa Wyszyńskiego. Uciekała od chłopaka, z którym spędzała wakacje, bo zobaczyła, że brakuje wartości, które by ich naprawdę łączyły i… pojechała nad Bałtyk. Tam spotkała kobietę, która na plaży pięknie mówiła o miłości do Matki Bożej. To zawiodło ją na Jasną Górę, a przez Maryję do Instytutu, w którym swe życie całkowicie oddała Bogu.

„Trądu nie można sobie wymyślić” – tak jej decyzję o wyjeździe do Indii zaaprobowała ówczesna przełożona Instytutu. Na paszport i wizę czekała dwa lata. Wyjechała, gdy w Polsce trwały obrady Okrągłego Stołu. Gdy dotarła do Indii, założyciel ośrodka już nie żył, brakowało pieniędzy na codzienną garść ryżu. Uratowało ją kilkaset dolarów, które kard. Glemp wetknął jej na czarną godzinę.

Zakasała rękawy i zaczęła się uczyć miejscowego języka, kultury i tajemnic kastowego społeczeństwa. Nocami pisała listy do dobroczyńców, prosząc o pomoc. Najtrudniejsze chwile przetrwała dzięki trędowatym. Do dziś są jej najwierniejszymi współpracownikami. Od przeszkolonych przez ks. Adama paramedyków uczyła się, jak leczyć trąd, a także inne choroby, o których na studiach czytała jedynie w książkach.

To były czasy bez internetu i wszechwiedzącego Googla. Jak mantrę powtarza: „Nikt tak nie zrozumie trędowatego jak inny trędowaty”. Trąd to wykluczenie, degradacja społeczna, wypędzenie z domu, życie w koloniach, osobne studnie.

Brat Jeetrama poprosił go, by odszedł z domu, bo inaczej żadna kobieta za niego nie wyjdzie. Mamtę wypędził brat po śmierci matki, która ją chroniła, nie chciał jej utrzymywać. Sevti zostawiła z mężem pięcioro dzieci, wiedziała, że to dla ich dobra. To wykluczające podejście społeczeństwa jest przyczyną zbyt późnej wykrywalności trądu. W Indiach mieszka 70 proc. wszystkich trędowatych na świecie. Chorobę można całkowicie wyleczyć. Wcześnie wykryta nie pozostawia stygmatyzujących okaleczeń.

Jeevodaya znaczy świt życia. Tego pragnął założyciel, by nie była to kolejna kolonia trędowatych, ale ośrodek, w którym wracają do życia. Największym osiągnięciem jest uznawana przez państwo szkoła. ­W kraju, gdzie szerzy się analfabetyzm, umiejętność czytania i pisania otwiera drzwi ku lepszej przyszłości. „Można znaleźć pracę chociażby w sklepie. Pod warunkiem, że nie ma się widocznych okaleczeń. Takiego pracownika nikt nie przyjmie” – mówi dr Pyz. Stąd też wciąż podstawowe zajęcie trędowatych to żebractwo.

Rehabilitacja w Jeevodaya odbywa się przez pracę. ­„O tym, że nie wystarczy dawać, ale trzeba też wymagać zrozumiałam, gdy opiekowałam się ciężko okaleczoną trądem kobietą. Nie chciała jeść, widziałam, że nie chce żyć – opowiada doktor Helena. – Byłam zmęczona upałem. Poprosiłam: «Videshani, przynieś mi wody». Zobaczyłam jej niesamowitą przemianę. Po raz pierwszy od lat poczuła się komuś potrzebna. Dziś swymi kikutami dłoni chętnie pracuje przy czyszczeniu ryżu”.

Mieszkańcy Jeevodaya mówią do niej Mami, czyli mamo. „Moje życie jest dowodem na to, że jeśli zaufasz, Ewangelia zacznie się spełniać w twoim życiu. Jezus mówi: «Jeśli opuścisz matkę i ojca to zyskujesz stokroć więcej». Świadomie zrezygnowałam z macierzyństwa, a mam kilkaset dzieci” – śmieje się.

Jej przybrana córka przyjechała z nią właśnie do Polski. Niedawno zdała maturę. Gdy zmarła jej matka, miała 4 miesiące i nie ważyła nawet 2 kg. „Była tak chuda i maleńka, że mieściła mi się na dłoni. Na początku musiałam ją karmić kroplami ze strzykawki” – opowiada lekarka. Wspomniana dziewczynka, Patrycja-Savatiri jest hinduistką. Doktor Helena nikogo nie nawraca, choć wszyscy wiedzą, że motorem jej życia jest Jezus. Ośrodek jest katolicki, ale większość mieszkańców stanowią hinduiści.

W kraju, gdzie umacnia się hinduistyczny nacjonalizm, taka koegzystencja to wyjątek. „Ja im nie niosę pomocy, ja z nimi jestem. Mamy różne korzenie i nie wyznajemy jednej religii, ale stanowimy jedną wielką rodzinę trędowatych. Ja leczę, ktoś inny sprząta, gotuje, szyje. Tak jak w rodzinie – mówi doktor Helena.

Jej przykład pociąga. Mamta pochodzi z hinduistycznej rodziny. Gdy poprosiła o chrzest, wyznała, że myślała, iż Jezus nie przyjmie kogoś z samego dna. Jest bowiem z najniższej kasty. Dziś mówi, że dzięki Niemu nie jest już sama, a w Jeevodaya znalazła prawdziwą rodzinę, jakiej nigdy wcześniej nie miała.

Udostępnij
Komentuj
Ten artykuł jest otagowany:
helena pyzIndietrądtrędowaty
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail