Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Jola Szymańska: Sylwester introwertyka, który kończy się baletem

JOLA SZYMAŃSKA
fot. Anna Nycz
Udostępnij

Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek spędziła Sylwestra na imprezie. Spędzam go w domu. Na kanapie. I uwielbiam to.

Lubię tańczyć, wygłupiać się i pić dobre drinki, ale nie jest to moja ulubiona rozrywka. Jedna taka okazja w roku zupełnie mi wystarcza. Lubię wyjść czasem z domu do kina, na koncert czy do teatru, ale… dużo bardziej cieszy mnie wieczór z Netflixem. Lubię też poznawać nowych ludzi, odwiedzać nowe miejsca i widzieć nowe rzeczy, ale po każdym wyjeździe przez tydzień nie ruszam się z domu, bo potrzebuję pobyć sama ze sobą.

Te wszystkie rzeczy to nie wygodnictwo, lenistwo, nieśmiałość, ani lękowe odgradzanie się od świata, ale introwertyzm. Bo jestem introwertykiem – odpoczywam i czuję się najbardziej komfortowo, kiedy jestem w znanym miejscu, z bliskimi ludźmi i nie muszę za dużo mówić.

 

Fajerwerki się nie liczą

Nigdy w Sylwestra nie imprezowałam, ale zdarzało mi się grać albo prowadzić sylwestrowe koncerty. Kiedy wracałam do domu o 2:00 w nocy, zawsze miałam w sobie poczucie żalu i smutek. Bo straciłam okazję na spędzenie czasu z braćmi i rodzicami, których nie widuję często. Każdy mieszka w innym mieście, ma swoje projekty i styl życia. Każdy wspólny wieczór jest więc małym świętem.

W Sylwestra jemy pyszną kolację, gadamy i wspominamy, a o 22:00, tak jak każdego innego dnia, absolutna większość domowników śpi. Ja staram się dotrwać do północy, ale nie ze względu na wybuchające u sąsiadów fajerwerki. Zależy mi na obejrzeniu filmów, które specjalnie na tę okazję zbiera mój brat. Gdyby nie jego repertuar, byłabym kompletnie innym człowiekiem – nie tylko nie znałabym „Grand Budapest Hotel”, ale nie kojarzyłabym nawet Wesa Andersona.

 

Reset na prowincji

Oprócz fajnych, spokojnych chwil z rodziną, w domowym sylwestrze lubię odcięcie się od światowego szaleństwa. To bardzo uwalniające. Mało jest miejsc, w których potrafię się tak kompletnie wyłączyć. Nie myśleć o pracy, blogowaniu i nowych pomysłach. Kiedy wracam do domu otoczonego polami, lasami i ogrodem pełnym brzóz, świerków i różanych chochołów, mam wrażenie, że ktoś odłącza ode mnie kabel USB z napisem: „Świat za płotem”.

Spokojny, podmiejski rytm jest najlepszą kuracją dla mojego układu nerwowego i… dla mojej hierarchii wartości. Kilka dni zazwyczaj wystarcza, żebym z żądnej sukcesów żaby zamieniła się w domowo-rodzinną księżniczkę. Na pstryknięcie magicznej klamki przy bramie budzi się we mnie pragnienie rodziny, pieczenia ciast i małego cichego domku na wsi. I to chyba największy prezent, jaki mogę sobie zgotować.

 

Balety na czysto

W tym roku też wracam do domu na Sylwestra. Wiem, że wszyscy pójdą spać przed happy endem pierwszego filmu, ale przed południem pójdziemy na łyżwy, potem zjemy wspólnie sushi, a rano będziemy słuchać Straussa, oglądać balet i snuć plany na kolejną carte blanche.

Dobra zabawa jest pojęciem bardzo względnym. Dla jednego nie istnieje ona bez alkoholu, dla innego bez tańca, a dla jeszcze innego nie jest możliwa we własnym domu. Dla mnie oznacza ona po prostu spokojny, miły wieczór, w którym cieszę się z tego, co było i z tego, co czeka mnie lada dzień. A to też brzmi przecież całkiem nieźle.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail