Aleteia

Zostałam w domu na sylwestra. Oto, co powiedzieli o mnie znajomi

Udostępnij

To naprawdę fatalna rzecz, kiedy dajemy się wpędzić w przekonanie, że jeśli nie pójdziemy za czyjąś wskazówką (ignorując własne pragnienia), na pewno coś bezpowrotnie stracimy.

Powiedzą Państwo, że zwariowałam, albo że się starzeję, ale marzyłam o tym od wieków.

W zeszłym roku uparłam się i zostałam na sylwestra w domu. Odwołałam wszystkie plany, odrzuciłam propozycje szalonych pląsów i bansów. Uwiłam sobie w łóżku całkiem przytulne gniazdko i ugrzęzłam w nim na cały wieczór. Z książką o papieżu w dłoni!

Powód decyzji był prozaiczny – byłam przepracowana. Po trzystu sześćdziesięciu pięciu dniach spędzonych w biegu, zwieńczonych w dodatku obfitymi w ludzi świętami, swój jedyny wolny wieczór chciałam spędzić w samotności. Do tego najlepiej w piżamie.

Nie w smak było mi wbijanie się w sukienkę i szpilki, malowanie się i układanie włosów. Nie miałam nawet ochoty na odsiedzenie paru godzin na domówce w nieco mniej formalnych okolicznościach. To miał być mój, spędzony sam na sam ze sobą wieczór.

Być może jednak, gdybym wiedziała, jak boleśnie moją decyzję odbierze ogół społeczeństwa, zmieniłabym zdanie, żeby nie przykładać się do tego okrutnego cierpienia.

Znajomi bowiem (lub nie-znajomi, pragnący z jakiegoś powodu zadać mi owo znamienne pytanie: „a gdzie spędzasz sylwestra?”) podzielili się na kilka obozów.

Reakcja pierwsza – empatyczni terapeuci. Ludzie z tego obozu z politowaniem (lub nawet szczerym współczuciem) klepali mnie po ramieniu: „Ojej, nie miałaś gdzie iść? Trzeba było powiedzieć! Następnym razem się jakoś zgadamy”.

Reakcja druga – zapobiegawczy swaci. Ci prawdziwy powód mojej niechęci do wychodzenia z domu wietrzyli w rzekomym mym osamotnieniu i od razu nawet odnajdowali rozwiązanie. „Wiesz, jeśli nie masz chłopaka, to ja ci może mojego młodszego brata pożyczę?”

Reakcja trzecia – hojni darczyńcy. Czyli ludzie wychodzący z założenia, że jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. „Wiem, sylwester to niezły wydatek. Słuchaj, to ja ci coś przeleję, a ty oddasz mi po Nowym Roku”.

Reakcja czwarta – przesądni dmuchacze na zimne: „Żartujesz? Lepiej nie ryzykuj! Jaki sylwester, taki rok. Lepiej się pobaw chociaż trochę”.

Reakcja piąta – ludzie spod znaku „nieważne, co Ty, ważne, co ja”. Wbrew pozorom najmniej uciążliwa grupa ludzi, którzy w ogóle mnie nie słuchali, bo zadanie mi pytania o sylwestra było dla nich jedynie pretekstem do pochwalenia się, gdzie sami wychodzą.

To właśnie wtedy odkryłam, że jest coś takiego jak sylwestrowa presja. Coś w stylu: nienaruszalny stan społecznej świadomości, według której na sylwestra iść trzeba. Kto nie idzie, ten błądzi i na wielu płaszczyznach traci.

Z wrodzonego jednak talentu do buntu, sprzeciwu i negacji zostałam w domu, tak jak sobie postanowiłam.

Nic się – rzecz jasna – złego nie wydarzyło. Zleciałam tylko z łóżka, bo zaczytując się w lekturze (o papieżu), zapomniałam prawie, z jakiej okazji na dworze słychać strzały, a rok przeżyłam względnie szczęśliwie, jak każdy inny (rozpoczęty balowaniem czy też nie).

Po wysłuchaniu jednak tej całej listy sprzeciwów, parę razy zastanowiłam się szczerze, czy aby faktycznie dobrze robię i czy nie marnuję chwil, które w moim życiu nigdy więcej się nie powtórzą.

I w ten właśnie sposób presja może nie tylko denerwować, ale też i szkodzić. Kiedy? Gdy przybiera formę wewnętrznego (choćby nie do końca zrozumiałego) nacisku. To naprawdę fatalna rzecz, kiedy dajemy się wpędzić w przekonanie, że jeśli nie pójdziemy za czyjąś wskazówką (ignorując własne pragnienia), na pewno coś bezpowrotnie stracimy. Życie składa się z wyborów i nigdy nie jesteśmy w stanie sprawdzić, co kryło się za rogiem, którego nie wybraliśmy.